Krótko i zwięźle

Tagi:    ars    kino    zdjęcia    humor

Dzisiaj krótko - dwa zdjęcia sprzed kina ARS w Krakowie:

 

Śmierć, kutas i zniszczenieSzatan wódka czołgi

 

A ARS bardzo lubię, często bywam. Przyjemne, przytulne kino. Polecam każdemu, kto nie przepada za kinopleksami, a lubi kameralny, spokojny klimat.

 

Jeśli chodzi o mundial, to Hiszpania wreszcie wygrała, choć skromnie. Żałuję, że nie obstawiam meczy u buka, bo za Chile - Szwajcaria mógłbym zgarnąć... ehhh, mądry Polak po szkodzie.

Swobodne podróżowanie

Tagi:    samochód    jazda samochodem    auto    podróż

Ależ wspaniale się jedzie samochodem w taki dzień jak dziś! Dzisiaj właśnie jechałem z Krakowa do Skarżyska i niezwykle ucieszyłem się z faktu, że zabroniono ruchu tirom (tzw. większym mobilkom ;-) ). Wyobraźcie sobie brak korków na alejach w Krakowie (no dobra, to akurat nie tylko zasługa owego zakazu, tylko fakt, że dzisiaj Boże Ciało i wszyscy albo już wyjechali, albo siedzą wygodnie w domach) i baaardzo luźną trasę. Niesamowicie przyjemnie się jedzie, kiedy można swobodnie rozwijać prędkość grubo powyżej 100km/h (bo policji też niewiele na szczęście :-) ) i nie ma zbyt wiele "okazji" do przyhamowania. Ahhh... co za wolność... Wystarczy wspomnieć, że spod akademika pod dom dojechałem w jakieś 1h55min (~160km).

 

Nie żebym był za zakazaniem jakiegokolwiek ruchu tirom na polskich drogach, czy coś podobnego. Po prostu podoba mi się takie podróżowanie i wydaje mi się, że każdemu kierowcy też. W takich sytuacjach naprawdę można poczuć wolność za kółkiem. Może kiedyś będzie na tyle autostrad i innych dróg krajowych, że będzie można... dobra, bez przesady. Nawet dziś w to nie uwierzę :P.

 

A od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie zakup kamerki - o takiej, bo chciałbym nagrać filmik z samochodu. Prawie każdy, któremu o tym mówię kręci nosem i, mówiąc delikatnie, nie rozumie po co, ale ja po prostu chcę. Tak dla zabawy. Bo później sobie puszczę i ... i będę miał fajnie! Wrzucę poza tym na bloga i będziecie oglądać. WSZYSCY!!! @_@

The Devlins

Tagi:    muzyka

Natknąłem się na ten kawałek w trakcie oglądania filmu Closer. Samego filmu specjalnie nie polecam, ale kawałek bardzo mi się podoba.

 

CB radio, czyli "mobilki, mobilki...", część pierwsza

Tagi:    humor

Od niedawna jestem posiadaczem CB radia, a że dość często jeżdżę samochodem, to i dość często używam. Swoją drogą, przy obecnych cenach mandatów wydatek rzędu 400zł (radio + antena) nie jest tak wielki, a dość opłacalny (nie zdarzyło mi się, żeby misiaczki stały w miejscu, o którym wcześniej by mnie nie poinformowano). Na dodatek, gdy zdarza mi się jechać samemu na jakiejś dłuższej trasie, jak ktoś się czasem odezwie na CB, to jest nawet milej ;-). Tym bardziej, że zdarzają się czasem niezłe kwiatki, kilka z nich poniżej:

 

1) jakiś koleś prezentował swoje wynurzenia na temat jakości polskich dróg blokując wspólny kanał. Miał strasznie wiele do powiedzenia. W końcu mobile zaczęły się wkurzać, bo zakłócał wspólne pasmo. Jeden z nich wypalił: "Jak nie masz do kogo gęby otworzyć, to idź do dentysty".

 

2) długi korek (pół godziny stania na krajowej siódemce), bo drogowcy o 20:00 w piątek leją asfalt i puszczają ruch wahadłowo. Tradycyjnie, długa dyskusja o tym, dlaczego akurat teraz i w ogóle jak oni śmią pracować wtedy, jak akurat ja jadę. Jeden koleś stanął jednak w obronie drogowców mówiąc, że kiedyś muszą pracować no i trudno, trzeba stać. Oczywiście został za chwilę uciszony, bo to skandal itp. W odpowiedzi powiedział: "Wam to nawet jakby dupę miodem posmarować, to byście mówili, że słodko, ale się lepi".

 

3) dwóch mijających się kierowców tirów rozpoczęło rozmowę:

- Jak tam droga do Krakowa, do Krakowa jak droga?

- A czysto, do Krakowa czysto. A Ty skąd jedziesz, skąd jedziesz?

- Ja z Radomia jadę, z Radomia. A Ty?

- A ja do Warszawy jadę, do Warszawy...

Naprawdę autentyk. Aż mi się przypomina tekst kumpla z roku: "Ważne rzeczy po dwa razy, ważne rzeczy po dwa razy".

 

Być może kiedyś zapraszam do części drugiej :-).

Robert Filipiak

Tagi:    komputery    humor

Dzisiaj zajrzałem na Zczuba.pl i dotarłem do ciekawego artykułu, a dokładnie tego.

 

Jeśli ktoś nie czyta Z czuba, to pokrótce powiem, że jest to serwis traktujący o sporcie z przymrużeniem oka, niekiedy obu nawet. Czasem lubię poczytać zamiast zwykłych serwisów w suchy sposób przekazujących informacje. Można się niekiedy pośmiać. Niestety (przy okazji po prostu muszę o tym wspomnieć) jest to portal gazetowy (Gazeta.pl) i zdolność jego redaktorów do literówek, błędów ortograficznych i innych karygodnych działań jest mordercza (podobnie jak macierzystego właśnie). Ja nie wiem, czy nie można przeczytać artykułu zanim się go opublikuje? Dobra, dość narzekania, bo to nie o tym miało być.

 

Artykuł traktuje o fikcyjnych nazwiskach sportowców pojawiających się w komputerowych grach sportowych. Szczególnie rozbawiła mnie historia tytułowego (mojej notki, nie artykułu). Przy okazji artykuł przywołał niezłe wspomnienia z grania np. w Fifę 99 albo stare wersje ISS Pro. Pamiętam jeszcze jak grałem na PlayStation w Winning Eleven 4, czyli japońską wersję ISS Pro i wszystkie nazwiska miałem napisane japońskimi krzaczkami, więc tylko po wyglądzie, pozycji i narodowości mogłem przyporządkować do faktycznych nazwisk. Spędziłem kilkanaście dobrych godzin wklepując na padzie prawidłowe nazwiska, żeby dało się jakoś grać :-). To były czasy... Aż się łezka w oku kręci.

 

Teraz już w zasadzie w ogóle w nic nie gram, pomijając okazyjne pyknięcie meczyku albo dwóch w Pro Evolution Soccer 6 na laptopie. A to już nie to samo, co turnieje u mnie w domu po szkole i godziny spędzone na stukaniu w klawiaturę lub pada...

Beskid Sądecki

Tagi:    życie

Lubię góry, jednocześnie ich nienawidzę. Lubię je, kiedy wynagradzają wysiłek krajobrazami cieszącymi oko, nienawidzę, gdy nie dają żadnej nagrody za wspinaczkę, kiedy jest podejście za podejściem i nawet nie dają odpocząć jakimś skrawkiem płaskiego terenu.

Turystą górskim jestem przeciętnym, zwykle 2, 3 razy w roku wyjeżdżam na kilka dni w góry, i to raczej tylko w lecie. Nie mam żadnej superkondycji, wręcz przeciwnie. O mojej przeciętności świadczy chyba najlepiej fakt, że idę zwykle tyle czasu dany odcinek, ile pokazuje mapa :).

Zazwyczaj mam dość gór już na samym początku wędrówki, kiedy wspinam się w pełnym słońcu i już po minucie jestem zlany potem, ale to przechodzi i w ostatecznym rozrachunku zawsze jestem zadowolony z górskich wycieczek. Nie inaczej było tym razem.

 

To już drugie podejście do tej trasy, tym razem jednak zmodyfikowane w stosunku do wersji poprzedniej. Ale po kolei...

 

Trasa: Krynica Zdrój -> Jaworzyna -> Hala Łabowska -> Cyrla -> Rytro -> Kordowiec -> Niemcowa -> Przehyba -> Szczawnica

Mapa: tutaj

 

Dzień pierwszy

O godzinie 9:40 mamy PKS z dworca w Krakowie do Krynicy Górskiej. Mniej więcej o godzinie 13 jesteśmy na miejscu. Ruszamy zielonym szlakiem w stronę Jaworzyny. Wejście jest dość śmieszne, bo jakąś mikrościeżynką między domkami. Wchodzi się dość ciężko bez rozgrzania. Ale jak pokona się 2, 3 podejścia to w sumie już idzie gładko i szybko (ok. 40 minut) dochodzimy do stacji kolejki na Jaworzynę. Rok temu popełniliśmy błąd i poszliśmy dalej zielonym szlakiem wzdłuż kolejki. Nie radzę, bo to dość mordercza trasa, widoków absolutnie brak, a dochodzi się na Jaworzynę zmęczonym niesamowicie i tylko wkurzają turyści, który dopiero co wysiedli z kolejki i przyszli do schroniska na piwo... W każdym razie tym razem wsiedliśmy do kolejki (12zł za podróż w górę) i za chwilkę byliśmy na szczycie. Zeszliśmy kawałeczek do schroniska na Jaworzynie, gdzie zjedliśmy jakąś namiastkę obiadu (zupka chińska, kanapki).

 

Widok z Jaworzyny

Zdj. 1: Widok z Jaworzyny

 

Po jedzeniu szlakiem czerwonym wyruszyliśmy na Halę Łabowską. Trasa jest dość przyjemna, bo pagórkowata - raz w górę, raz w dół, trochę po płaskim. Do przejścia jest kawałek, ale idzie się w miarę przyjemnie. Po drodze można zaobserwować ciekawe zjawisko zakrzywienia czasu - na tabliczkach PTTKu najpierw (przed Runkiem) jest 1h45min na Łabowską, na Runku (10, 15min dalej) już 2h15min na Łabowską. Później już 2h. Chyba coś się tu komuś tego. Choć  w sumie zjawisko zakrzywienia czasu jest, o ile mi wiadomo, dość popularne w polskich górach, więc, o dziwo, nie jest to jedyny taki przypadek na świecie. Marsz na Łabowską dość męczy, ale do wytrzymania. Po około 2 godzinach (jest już ok. 18:00) docieramy do schroniska na Łabowskiej, gdzie dzwonimy, żeby potwierdzić na Cyrli, że przyjdziemy, tylko dopiero koło 20:00. Dowiadujemy się niestety, że kuchnia zamykana jest o 19:30, co jest niezbyt wesołą informacją, bo jedzenie na Cyrli to coś niesamowitego. W związku z takim obrotem spraw decydujemy się na ciepły posiłek na Łabowskiej. Ja jem jakiegoś schabowego, Tezkikumeimizfutomeka natomiast naleśniki z malinami i bitą śmietaną. Ruszamy już dalej w drogę i kończymy rozmowę z parą, która siedziała obok, która stwierdza: idziecie jeszcze na Cyrlę? Przecież to strasznie daleko! My od Cyrli tutaj szliśmy 5 godzin. Na szczęście my wiemy swoje. Jest godzina 19:00 i powoli zmierzcha. Ruszamy szlakiem czerwonym w stronę Cyrli. Droga to już raczej zejście, ale około 20:00 robi się ciemno i musimy włączyć czołówkę, żeby cokolwiek widzieć i nie zgubić szlaku. Dość żwawym tempem udaje nam się dotrzeć na Cyrlę w 1.5 godziny. Nie muszę chyba tłumaczyć, jaką nagrodą po takiej wycieczce jest pokój z miękkim łóżkiem i prysznic z ciepłą wodą :-).

 

Droga na Cyrlę

Zdj. 2: Droga na Cyrlę

 

Dzień drugi

Nie można było nie skorzystać z kuchni na Cyrli, więc na śniadanie (późne, bo wstaliśmy ok. 9, a wygramoliliśmy się z pokoju ok. 10) zamówiliśmy sobie specjalność zakładu, czyli kiełbasę po łabowsku. Dla tych, którzy nie wiedzą: jest to spory kawałek kiełbasy podsmażony, zawinięty w naleśnik z zapieczonym wewnątrz serem żółtym. polane to wszystko musztardą i keczupem plus, jak ktoś chce, surówka. My wzięliśmy surową marchewkę (soczysta, świeża i smaczna). Jedzenie było pycha. Około 11 wyruszyliśmy w dalszą drogę, czyli nadal szlakiem czerwonym w stronę Rytra. Zejście cały czas w dół, trochę męczące tak na rano, ale całkiem w porządku. W Rytrze byliśmy około 12. Trzeba było zdecydować, którędy dostajemy się na Przehybę. Były zasadniczo dwie opcje: czterogodzinny szlak niebieski, ale dość ciężki, bo cały czas w górę, albo sześciogodzinny, bardziej widokowy i (chyba) ciekawszy czerwony przez Kordowiec, Niemcową i Wielki Rogacz. Wybraliśmy czerwony ze względu na dość spory zapas czasu.

 

Droga z Cyrli do Rytra

Zdj. 3: Droga z Cyrli do Rytra

 

Po krótkim posiłku zaczęliśmy się gramolić na górę. Masakra trochę na początku, aż człowiekowi nie chce się wchodzić, bo podejście za podejściem i tak przez prawie 2 godziny aż do Kordowca, który, nota bene, był nieczynny (a planowaliśmy tam zjeść obiad). Pozostało podejść do Niemcowej i tam coś zjeść. Ruszyliśmy więc po krótkim odpoczynku dalej. Było już trochę łatwiej, podejścia rekompensowane płaskim lub też delikatnymi zejściami. Po godzinie dotarliśmy. Niemcowa niestety nie leży przy samym szlaku, więc trzeba trochę zboczyć w lewo. Byliśmy trochę przerażeni, że tyle się schodzi, bo przecież jak już zjemy będzie trzeba wrócić, ale cóż, nie było wyjścia. Dotarliśmy na Niemcową, gdzie warunki są dość spartańskie, bo poza tym, że jest czysta woda ze strumienia i wrzątek w nieograniczonych ilościach, to ... nie ma nic więcej. Mam tu na myśli np. taki luksus jak elektryczność czy bieżącą wodę ;).

 

Droga na Kordowiec

Zdj. 4: Droga na Kordowiec

 

Zjedliśmy zupki i kanapki, zaopatrzyliśmy się w wodę do butelek i ruszyliśmy z powrotem. Podejście do szlaku nie było na szczęście tak męczące, jak myśleliśmy. Droga na Wielki Rogacz jest już w zasadzie wędrówką po pagórkach. W godzinkę docieramy na Wielki Rogacz. Zaczyna się poważniej chmurzyć i coś jakby zbierało się na deszcz. Odpoczywamy więc 5-10 minut i ruszamy dalej w drogę. Według mapy czeka nas jeszcze ok. 2 godziny drogi na Przehybę, a jest już 17:00. Marzymy o tym, żeby dotrzeć na miejsce, kiedy jeszcze otwarta będzie kuchnia. W pewnym momencie szlak idzie prosto i pod górę, a strzałka wskazuje, że na Przehybę w lewo. W związku z tym, że droga wskazywana przez strzałkę wydawała się przyjemniejsza, to tam idziemy - okazało się to dobrym wyborem, bo to wędrówka po płaskim i po jakimś czasie dochodzi się do czerwonego szlaku. Niestety, jakieś 30 minut przed Przehybą łapie nas deszcz. Leje na tyle mocno, że trzeba wyciągnąć peleryny (takie z kiosku za 5zł sztuka :P). Coraz mniej widać, jest chłodno, nieprzyjemnie. Pojawia się znak, że na Przehybę 20 minut. Przyspieszamy kroku. Ja już ledwo widzę cokolwiek przez zaparowane i mokre okulary, ale iść trzeba. Jakieś podejście, które wykląłem od najgorszych (no bo takich rzeczy się nie robi!). Jeszcze chwilka, znak, że jeszcze 10 minut do schroniska, jeszcze moment, światło w dali i jest. Deszcz już siąpi mocno. Wpadamy na miejsce, okazuje się, że kuchnia jeszcze otwarta. Żurek z jajkiem i kiełbasą i naleśniki z jagodami, bitą śmietaną i brzoskwiniami to jest to.

Przemoczone ciuchy wywieszone, prysznic wzięty, idziem spać najedzeni, choć zmęczeni.

 

Dzień trzeci

Lało całą noc i, jak wstaliśmy, nie przestało. Plan pierwotny był taki, żeby ostatniego dnia iść szlakiem niebieskim do Szczawnicy, ale w związku z ciągłym deszczem nie wydawało się to dobrym pomysłem - można jedynie skręcić nogę, a przyjemnie nie będzie na pewno. Od Przehyby odchodzi na szczęście droga samochodowa, którą wybraliśmy jako najbezpieczniejszą. Wychodzimy więc na początku szlakiem zielonym w stronę Łazów Brzyńskich, ale szybko od niego odchodzimy, bo idziemy cały czas asfaltem. Nogi trochę bolą, deszcz pada coraz mocniej. Mijamy kolejne przystanki pomników przyrody, mamy nadzieję dojść jakoś do pierwszej miejscowości, stamtąd jakoś dojechać do Nowego Sącza i z niego już PKSem do Krakowa. W pewnym miejscu rzeka wylała na drogę i pomoczyliśmy sobie buty. Minęliśmy dwa samochody jadące na górę, ale żadnego zjeżdżającego, a szkoda, bo mieliśmy pomysł zatrzymać cokolwiek, co będzie jechało w naszym kierunku i poprosić o podwiezienie gdziekolwiek. Po jakiejś godzinie marszu z Przehyby z góry zjeżdżał jeep GOPRu. Zatrzymaliśmy go i okazało się, że mają dokładnie dwa miejsca wolne. Bez słowa wzięli nas i zawieźli na dworzec PKS do Nowego Sącza (dzięki!). Stamtąd było już łatwo, bo po 30 minutach odjeżdżał autokar do Krakowa.

 

 

Podsumowując, naprawdę fajna wycieczka na trzydniowy weekend. Polecam każdemu, choć pęcherze zdobią obie moje stopy i momentami łatwo nie było.

Ale za to właśnie lubię góry - satysfakcja po wyprawie mimo zakwasów i bólu mięśni :).

Poranne podróże, raz krócej, raz dłużej

Tagi:    życie    humor

Jakoś tak się ułożyło, że przez kilka następnych dni prawie codziennie będę w dwóch miejscach oddalonych od siebie o mniej więcej 150 kilometrów. Czemu? No bo tak:

- środa: Kraków -> Skarżysko

- czwartek: Skarżysko -> Kraków

- piątek: Kraków -> Skarżysko

- sobota: Skarżysko -> Lublin

- poniedziałek: Lublin -> Skarżysko

- poniedziałek/wtorek: Skarżysko -> Kraków

 

Trochę to szalone, ale tak wyszło. Każdy uważny obserwator dojdzie do wniosku, że podróże środowo-czwartkowe trochę sensu nie mają, bo zaraz potem znowu wracam do Skarżyska, więc mógłbym już zostać. No niby tak, ale w piątek muszę być w Krakowie (wizyta w warsztacie samochodowym + jakieś sprawy na uczelni), a do Skarżyska na jeden dzień ściągnęła mnie... komenda powiatowa policji. Wezwanie na stawienie się celem złożenia wyjaśnień otrzymałem. Oczywiście nie dało się tego nijak załatwić inaczej, niż tylko pojawiając się osobiście. Polazłem tam dzisiaj. I co?

Wpadam i koleś mówi: "to Ty pracowałeś na tej budowie, tak?". No to mówię "nie". Zdziwienie. Okazało się, że ktoś mnie podał jako zamieszanego w kradzież jakichś materiałów budowlanych z budowy drogi. Konkretna schiza. Nie to, żebym na co dzień był w Krakowie i naprawdę miał lepsze rzeczy do roboty na codzień niż praca na budowie... no nieważne. Tylko żeby z tego nie wynikło coś na kształt tej historii z "Symetrii" :P.

 

Z innej beki, to kończy się semestr, sesja i inne temu podobne ficzery, więc zaczynają się wakacje, czyli powrót do pracy (tym razem nie na budowie :)). Stała ekipa zostaje w Krakowie, więc może kiedyś jakieś imprezy albo coś być może też.

 

Na koniec historia z dupy, czyli paradoks biegunki: często i rzadko.

 

Pozdrawiam polecając komiks. ZŁOTY DWAJŚCIA DZIEWIĘĘĘĘĘĘĘĘĘĆ. Lecę do Reala ;).

 

Wielki wyścig Trójki

Tagi:    inne

Jeśli komuś z Was tytuł coś mówi, to wiecie o co chodzi. Dla tych, którzy nie wiedzą: Trójka (Polskie Radio program trzeci) organizuje taki event, gdzie zgłosić się może każdy, kto chce z jakiegoś niewiadomego miejsca w Europie posiadając niewielkie, ograniczone fundusze ścigać się z pozostałymi uczestnikami do siedziby Trójki musząc po drodze wykonać określone zadania.

Fajna zabawa, a okazało się, że znajoma kumpla z roku dostała się do półfinału, gdzie SMSowe głosy wyłaniają ostatecznych uczestników wyścigu. Proszę, pomóżcie jeśli możecie: SMS o treści Katarzyna  wwKatarzyna (przyp. późn. mamy nadzieję że poprzednie też doszły...) na nr 7360 (koszt to 3zł + VAT). O ile mi wiadomo, głosowanie trwa tydzień (od dziś, czyli tak circa about do 28 maja).

 

Więcej informacji -> na blogu Konrada oraz na stronie Trójki.

Fuck It

Tagi:    życie    humor

Fuck It

 

Niby śmieszne, ale nie zawsze.

Archive

Tagi:    muzyka

Dwa bardzo dobre kawałki zespołu Archive, bez dodatkowego motywu, tak po prostu.

 

Bullets (jakiś czas na pierwszym miejscu listy Trójki chyba)

 

Fuck You

Strony: 1  2  3