Tajlandia, Kambodża, Singapur - pamiętnik z podróży

Tagi:    azja    tajlandia    singapur    kambodża    podróże

Środa, 9 stycznia - dzień pierwszy (Tomek)

Wylądowaliśmy w Singapurze. Dość mocno pada i jest duszno, około 30 stopni. Kontrola paszportowa przebiegła bardzo sprawnie, na bagaż czekaliśmy dość długo z powodu deszczu (tak to przynajmniej tłumaczyli jeszcze w samolocie przed wyjściem). Wymieniliśmy parę dolarów USD na singapurskie w kantorze na lotnisku (60SGD za 50USD) i poszliśmy na metro.

 

Singapurskie metro

Zdj. 1: Singapurskie metro

 

Bilet jednoprzejazdowy kosztował S$3.20. Ciekawe, bo do metra wsiada się przez podwójne drzwi: jedne są drzwiami stacji, a drugie wagonu metra, więc maszynista musi zatrzymywać pociąg dość równo. Wysiedliśmy z metra i poszliśmy do hostelu (Inn Crowd przy Dunlop St). Już kilka pierwszych sekund w dzielnicy Little India przekonało mnie, że nie mam najmniejszej ochoty na wizytę w tym hinduskim kraju. Hostel w porządku, pokój, choć z malutkim oknem i z łazienką na zewnątrz, czysty i schludny z działającą klimatyzacją. Było już dość późno, bo po 19, więc zmęczeni po podróży uznaliśmy, że pójdziemy coś zjeść i później spać, żeby bez problemu dotrzeć na samolot do Bangkoku rano. Poszliśmy za radą recepcjonisty do OG Center, gdzie jest mnóstwo małych budek z przeróżnym jedzeniem (jeden z wielu food-courtów w Singapurze). Zdecydowaliśmy się na coś, co w Polsce nazywałoby się “chińczykiem” (po prawdzie tak wyglądało tam w zasadzie wszystko) i za ok. S$4 za porcję zjedliśmy mięso z ryżem. Wieprzowina w sosie słodko-kwaśnym smakuje tu nieporównywalnie lepiej niż w Polsce. Oczywiście budka utrzymana w... “azjatyckim” standardzie czystości. Mają tutaj podobne oceny za czystość lokali, jak m.in. w Nowym Jorku - ta buda miała B. Wracając do hostelu, w jakimś 7-Eleven kupiliśmy coś do picia. 1.5l wody za trochę ponad S$2. Piwo drogie - 0.33l Tigera za S$3.20.

 

Czwartek, 10 stycznia - dzień drugi (Ania)

Rano szybkie (w miarę) pakowanie po średnio przespanej nocy (obudziliśmy się o 2 w nocy i długo nie mogliśmy zasnąć), następnie śniadanie sponsorowane przez Inn Crowd: 2 jajka na twardo, herbata i tosty z cukrem o konsystencji i kolorze dżemu. Metrem dotarliśmy na lotnisko Changi. Wszędzie bożonarodzeniowe (sic!) dekoracje typu migających lampek albo pseudo-reniferów z gigantycznymi oczami (w stylu anime/manggha), też z lampkami. Ale lotnisko ładne i - o ile można tak powiedzieć o lotnisku - przytulne. Wyściełane dywanami i cichutkie.

Przelecieliśmy Air Asia do Bangkok Don Muang International Airport, tam klimat zgoła inny: hale wyłożone PCV. Za to miła niespodzianka: “Poland? Ah, you don’t need visa.” Więc musieliśmy wypełnić formularz imigracyjny i jakąś tam karteczkę w paszporcie mamy, ale obeszło się bez zdjęć i opłat.

W punkcie informacyjnym dowiedzieliśmy się, że do naszego hostelu w okolicach ulicy Khao San można dojechać autobusem linii 59 - toteż wsiedliśmy, ale na pokładzie pani bileter wyjaśniła nam migowym angielskim, że owszem, 59, ale z niebieską tabliczką (wsiedliśmy do takiego z czerwoną)... Nie doczekaliśmy się na niego i wzięliśmy taksówkę (chyba setną, która się koło nas zatrzymała). Okazało się, że na polskie warunki nie są one bardzo drogie i ponad 20 km do hostelu kosztowało nas 170TBH.

 

Ulica przy Fortville Guesthouse

Zdj. 2: Ulica przy Fortville Guesthouse

 

Sam hostel (Fortville Guesthouse) OK - czysty i z klimą. No i blisko Khao San, czyli backpackerskiego centrum Bangkoku. (Niestety?) mieszkamy w starszej części miasta, która ilustruje moje wyobrażenia o Azji: wąskie chodniki obudowane z obu stron przez stragany z ubraniami i jedzeniem, syf, kurz, smród i hałas. Ale przynajmniej kolorowo :-) No i panie ze straganami z jedzeniem i zmywarką w postaci wiadra z pomyjami rządzą (wódka na dobranoc też rządzi).

 

Tajska zmywarka

Zdj. 3: Tajska zmywarka

 

Dzisiaj mieliśmy siłę tylko na obiad i - po drzemce - kolację. Może jutro skwar i jetlag nie będą nas już tak męczyć.

 

Piątek, 11 stycznia - dzień trzeci (Ania)

Po przespaniu niemal 12 godzin zjedliśmy śniadanie w kafejce obok hostelu (ok. 120TBH, na wzór amerykański - American breakfast; było trochę małe, ale okazało się wystarczająco sycące, żebyśmy dotrzymali na nim do okolic 16-tej).

Po śniadaniu udaliśmy się piechotą na zwiedzanie Pałacu Króla (Grand Palace) i Wat Pho. Mimo że byliśmy przygotowani na różne kity sprzedawane przez przeróżnych ludzi po drodze, prawie daliśmy się nabrać jednemu z nich. Okazało się, że świetnym pomysłem na zwabienie nic nie spodziewającego się turysty jest powieszenie na słupie mapy najbliższej okolicy. Kiedy zatrzymaliśmy się przy jednej z takich map, żeby upewnić się, że idziemy we właściwym kierunku, jak spod ziemi wyrósł obok nas bardzo przyjemny Taj, który z serdeczną pewnością siebie poinformował nas, że do 13:30 świątynie są zamknięte z powodu modlitw mnichów - więc dobrym pomysłem będzie wykorzystać ten czas (była 11:00) na zwiedzenie innych atrakcji Bangkoku, i to najlepiej tuk-tukiem, który - o! właśnie - pojawił się przy nas. Cena takiej przejażdżki była oczywiście bardzo konkurencyjna, tylko dzisiaj i specjalnie dla nas. Wszystko to abyśmy mogli zobaczyć “Wielkiego Buddę” (Big Buddha) kilka przecznic na północ.

Podziękowaliśmy panu uprzejmie i poszliśmy dalej w kierunku pałacu. Po drodze spotkaliśmy jeszcze niezliczoną ilość podobnych nagabywaczy, ale udało nam się dotrzeć do głównego wejścia do Pałacu Króla. Przy bramie głównej z głośników można było usłyszeć podaną w nienagannym języku angielskim informację:

“Proszę nie wierzyć nikomu twierdzącemu, że pałac jest zamknięty dla zwiedzających. Pałac otwarty jest codziennie w godzinach od 8:30 do 16:00. Jeżeli nie jest się stosownie ubranym [zakryte ramiona i kolana], na terenie pałacu można za darmo wypożyczyć potrzebne okrycia.”

 

Jedna ze świątyń przy pałacu króla

Zdj. 4: Jedna ze świątyń przy pałacu króla

 

Co ciekawe, całkiem spora kolejka uformowała się do człowieka, który dosłownie obok bramy sprzedawał coś w rodzaju długich chust zakrywających całą dolną połowę ciała. No coż - jest popyt, jest podaż. :-)

Po wejściu zaopatrzyliśmy się w niezbędne części odzieży, za które trzeba było zostawić depozyt: 200TBH za sztukę. Oczywiście nadal nie do końca wiadomo, gdzie można kupić właściwe bilety we właściwej cenie, ale we wszystkim pomaga trochę fakt, że ludzie sprzedający oficjalne rzeczy ubrani są w mundury i nie nagabują cię, tylko czekają w okienku lub na straganie.

Za wejście zapłaciliśmy 500TBH od osoby. Co ciekawe, dla Tajów jest osobne, darmowe wejście.

Samo Wat Phrae Kaew i Pałac Króla (do obu wchodzi się na jeden bilet, kupowany jako bilet do pałacu) nie są niczym szczególnym - chyba że zachwyca kogoś styl architektoniczny buddyjskich budowli. W zasadzie można powiedzieć: you’ve seen one, you’ve seen all. I tak można tu zobaczyć różne świątynie i świątynki, malutkie muzea (np. muzeum broni - jedna salka ekspozycji), jak również niewielkie budowle, których centrum stanowi królewski tron. Wszystko oczywiście ozdobione odpowiednią ilością złota i innych błyskotek.

 

Pałac króla

Zdj. 5: Pałac króla

 

Po wyjściu z pałacu poszliśmy zwiedzić Wat Pho. Oczywiście nie obyło się bez problemów z szukaniem drogi do wejścia. Nauczeni doświadczeniem, nie ufaliśmy nikomu, kto wyglądał na tubylca, tylko białym turystom z brytyjskim akcentem ;-) Wstęp do Wat Pho kosztował 100TBH od osoby. Cena zawiera buteleczkę wody na głowę. Dodatkowe okrycia dostępne są za darmo na terenie świątyń. Przed wejściem do każdej ze świątyń trzeba (na progu) zdjąć buty, warto więc wziąć ze sobą skarpetki (to samo tyczy się Wat Phrae Kaew).

Wat Pho to kompleks świątyń i zbiór posągów Buddy. Wszystko we wspomnianym wcześniej stylu. Na pewno warto zobaczyć imponujący wielkością posąg leżącego Buddy (Reclining Buddha); reszta nie zrobiła na nas specjalnego wrażenia.

Po Wat Pho postanowiliśmy się przespacerować do MBK Center, które wg Lonely Planet oferuje dobre i tanie jedzenie - poza tym, że jest dużym centrum handlowym. Spacer okazał się jednak dłuższy, niż przewidywaliśmy, a 45 minut marszu w 30-stopniowym upale, hałasie i duchocie ruchliwej ulicy nie należy do najprzyjemniejszych. Za to obiad w MBK Food Court spełnił nasze oczekiwania: dobry i tani. Za ok. 50TBH można było zjeść rozsądny posiłek, a wybór jest szeroki: ponad 30 różnych stoisk z azjatyckim jedzeniem, a wszystko schludnie podane w klimatyzowanym wnętrzu. Na miejscu okazało się, że piwo można kupować dopiero od 17:00.

Do hostelu wróciliśmy zielono-żółtą taksówką, za którą zapłaciliśmy 65TBH. Co tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że dzisiejszy długi spacer nie był najlepszym pomysłem.

Na kolację poszliśmy do knajpki obok hostelu, która okazała się być zupełnie atrakcyjna cenowo - 100TBH za posiłek.

 

Sobota, 12 stycznia - dzień czwarty (Ania)

Po późnym śniadaniu wybraliśmy się do Chinatown - piechotą, bo zatrzymany taksówkarz zaproponował nam przewóz z Khao San za 300TBH (twierdził, że ze względu na korki nie opłaca mu się mniej). Na szczęście tym razem szliśmy wzdłuż mniej ruchliwej ulicy, więc nie było to tak męczące, jak wczoraj.

Naszym celem w Chinatown był targ Talat Mai. Ja osobiście spodziewałam się zorganizowanego targowiska z stylu tego w Barcelonie (czy innych targowisk europejskich) - wydzielony plac, na nim stragany, brama wejściowa itd. Nic z tych rzeczy - Talat Mai to po prostu niekończące się stragany wzdłuż jednej (?) głównej ulicy i mnóstwa przecznic. A na straganach wszystko, od chińskich strojów, przez różne ciuchy, kalkulatory, zegarki, biżuterię, po owoce, przyprawy, gotowe jedzenie i żywe koguty. No i masakryczny tłum.

Z chęcią wydostaliśmy się stamtąd i piechotą udaliśmy w kierunku nowszej części miasta, a konkretnie Siam Square. Skwar męczył, więc złapaliśmy po drodze taksówkę i za ok. 60TBH dojechaliśmy do celu.


 

Siam Center

Zdj. 6: Siam Center

 

 

Siam Square do kwadrat ulic ze sklepami i centrami handlowymi. Wygląda zdecydowanie bardziej europejsko niż nasze Banglamphu i okolice. Przy jednej z tych ulic była klimatyzowana knajpa serwująca m.in. mrożoną kawę i milkshake’i - nie oparliśmy się jej :-)

Po szybkim spacerze przez Siam Square wsiedliśmy do Sky Rail (BTS) i przejechaliśmy 4 stacje w kierunku biznesowego centrum Bangkoku, Thanon Sukhumvit (koszt: 25TBH od osoby). Ten rejon rzeczywiście uderza w porównaniu do starej części miasta - wieżowce, neony, amerykańskie/europejskie marki... a na chodnikach stragany z jedzeniem, takie same jak w całym Bangkoku :-).


 

Świąteczne dekoracje

Zdj. 7: Świąteczne dekoracje

 

 

Przeszliśmy chwilę Th. Sukhumvit i złapaliśmy taksówkę - planowo do hostelu, ale nie mogliśmy się dogadać z kierowcą, któremu nie pasowało, że chcemy tak daleko i cały czas mówił o jakimś highway. W końcu wysiedliśmy źli, w połowie drogi do Siam Square. Do Siam doszliśmy pieszo, ale w strasznym tłoku - okazało się, że dziś jest Dzień Dziecka, który znacznie zwiększył ruch w mieście. W związku z tym taksówki nie jeździły na licznikach i trzeba było się targować. Po tym, jak tuk-tuk odmówił nam przejazdu poniżej 15TBH (phi!), udało nam się wytargować u taksówkarza 120TBH (na wejście proponował 200). Z licznikiem byłoby taniej, ale ciężko dziś było stargować z kimkolwiek cokolwiek niżej.

Po dotarciu do hostelu, poszliśmy do knajpy na dachu napić się czegoś zimnego, następnie kolacja “z rozsądku” (żeby nie mieć problemu z zaśnięciem z powodu głodu) i lulu.

 

Niedziela, 13 stycznia - dzień piąty (Ania)

Krótko, bo trzeba iść spać. Rano wydrukowaliśmy boarding passy w kafejce internetowej przy hostelu, tam też zjedliśmy śniadanie. Spakowaliśmy się i wycheckoutowaliśmy ok. 10:30, a na lotnisko chcieliśmy jechać dopiero koło 14, więc poszliśmy na zakupy :). Ja upolowałam dwie sukienki (199TBH każda) i T-shirt z obrazkiem z Tajlandii (99TBH), Tomek - T-shirt z Bangkokiem (99TBH) i “oryginalną” polówkę Ralpha Laurena (stargowana do 200TBH). Zadowoleni poszliśmy wymienić dolary i na obiad do “Shoshany” przy Khao-San. Polecamy, pycha!

 

 

Sklep + agencja turystyczna

Zdj. 8: Sklep + agencja turystyczna

 


Podróż rożową taksówką na lotnisko Suvarnabhumi (BKK) kosztowała ok. 250TBH. Samo lotnisko - ogromne, nie do porównania z Don Mueng, jeśli chodzi o standard i rozmiar.

Sam lot do Kambodży (bo lecieliśmy do Siem Reap) był kuriozalny: zaczął się teledyskiem z tańczącymi stewardessami z Bangkok Airways, który to klip poprzedzał instrukcję bezpieczeństwa. Następnie dowiedzieliśmy się, że lot potrwa 30 minut - w tym czasie stewardessy przebiegły mięszy ludźmi, rozdając pudełka z kolacją, po czym prawie natychmiast przebiegły znowu, zbierając pudełka do śmieci. No i pospiesznie wydały herbatę i kawę.

Lądowanie - też kuriozum. Wypuszczono nas na płytę lotniska - i tyle. Trzeba było pieszo znaleźć drogę do terminala.

W terminalu kazano nam uformować kolejkę do podania o wizę. Bo zapomniałam wspomnieć, że na lotnisku w Bangkoku rozdano nam po 3 formluarze wizowe/celne. We wszystkich trzeba było podać prawie te same dane - różnica polegała na tym, że oddawało się je różnym urzędnikom.

W każdym razie, wiza na 30 dni kosztuje $20, trzeba mieć jedno zdjęcie paszportowe. Formularz wizowy i pieniądze podaje się panu za ladą, który przekazuje je następnemu panu, który coś spisuje i podaje następnemu, i tak dalej. Nasze paszporty przeszły pewnie przez 5-ciu panów, zanim ostatni oddał je nam wraz z wbitą wizą. Przeszliśmy przez kontrolę paszportową, odebraliśmy bagaże, wyszliśmy z terminala - i zobaczyliśmy pana, który trzymał tabliczkę z naszym nazwiskiem - czyli airport pickup z Shadow of Angkor II. Pan pick-upnął nas tuk-tukiem, dzięki czemu mieliśmy niezłą frajdę z przejażdżki.

No i cieszyliśmy się, że nie mieszkamy w okolicy, przez którą jechaliśmy, bo co by nie mówić, bieda tutaj aż kole w oczy.

 

 

Rodzina na motorze

Zdj. 9: Rodzina na motorze

 


Okazało się, że ten pan od tuk-tuka nosił mi mój ciężki plecak, zaprowadził nas do pokoju, a jutro rano zawiezie nas do Angkor - pora więc spać.

 

Poniedziałek, 14 stycznia - dzień szósty (Ania i Tomek)

Śpimy w Shadow of Angkor II. Jest to lokum dość ciekawe - wygląda na dawny hotel w wysokim standardzie, który został zaadaptowany na tańszy guesthouse. Adaptacja polega na tym, że są śliczne błyszczące podłogi, klima, TV w pokoju, światło na kartę-klucz, sprzątanie pokoju - ale przy tym: klima huczy, że ciężko zasnąć, kabina prysznicowa zamyka się tylko na bardzo mocne ciągnięcie drzwi (z otwarciem podobnie), ręczniki są umiarkowanie brudne, a cały hotel jest zarządzany praktycznie przez jednego recepcjonistę (który działa też jako kelner). A po ścianach chodzą jaszczurki (no dobra, jedną widziałam, w restauracji). Grunt, że pościel czysta, łóżko miękkie, a klimę da się wyciszyć (przyp. Tomka: moim zdaniem geneza budynku wcale nie musi być taka, po prostu taki chcieli mieć styl i tyle; klima nie huczy, tylko wiatrak huczy i jego da się wyłączyć, a kabina prysznicowa i ręczniki... no cóż, jesteśmy w KAMBODŻY, przypominam).

 

 

Angkor Wat

Zdj. 10: Angkor Wat

 


Nowy pan tuk-tuk driver zabrał nas dziś do Angkor: najpierw na śniadanie w knajpie obok Angkor Wat, potem na zwiedzanie świątyń: Angkor Wat, Angkor Thom (Bayon, Baphuon, Phimeanakas, Terrace of the Elephants, Terrace of the Leper King). Ta Prohm i Banteay Kdei. Wszystko to zajmuje całkiem spory (w sumie to ogromny) obszar. Budowle powstały w okolicach 1000r. n.e. i wszystko w sumie wygląda podobnie. Dość ciekawie się po tym spaceruje i ogląda, ale wydaje nam się na dłuższą metę być jednak trochę nużące. Ciekawostka: w jednej ze świątyń (Ta Prohm) kręcono Tomb Raidera - ta świątynia została dość imponująco odrestaurowana i renowacja nadal trwa (podobnie jest w innych miejscach w Angkor). No i dosłownie wszędzie spotkać można ludzi, którzy chcą coś sprzedać za “łandola” ($1). Czy to 2 butelki wody, czy szalik, czy chustkę, czy obrazek, czy 10 pocztówek (to najczęściej chcą sprzedać małe dzieci w wieku ok. 5 lat).

 

 

Ta Prohm

Zdj. 11: Ta Prohm

 


Podsumowując, po średnio przespanej nocy połaziliśmy przez 6 godzin i pozwiedzaliśmy Angkor. Jutro kolejna porcja zwiedzania, tym razem zaczynamy o 5 rano, jako że ponoć bardzo warto być na miejscu o wschodzie słońca.

A teraz już tylko kolacja i spać.

(dopisek Ani) Jeszcze z praktycznych szczegółów:

- posiłki są tu droższe niż w Tajlandii, za danie główne, w zależności od miejsca, płaciliśmy $4-7

- pan tuk-tuk za dzień wożenia skasował nas $15

- do niektórych świątyń (w tym na szczyt Angkor Wat) można wejść tylko z zakrytymi ramionami i kolanami (czyli np. T-shirt i dość długie spodenki będą ok)

 

Wtorek, 15 stycznia - dzień siódmy (Ania)

Trudno uwierzyć, że zobaczyliśmy już tyle, a minął dopiero tydzień od wylotu z Krakowa. Trudno też uwierzyć, jak wiele rzeczy może kosztować “łandola”.

 

 

Podróż tuk-tukiem

Zdj. 12: Podróż tuk-tukiem

 


Dzisiejszy dzień zaczął się od pobudki przed 5-tą i wyjazdu na wschód słońca do Angkor Wat. Na miejscu (“Ju łon kofi saaa? Łandola kofi!”) niestety okazało się, że słońce wzeszło za chmurami i całą różową łunę i inne potencjalne uroki zabrało za sobą. Jak to się wyraził pan tuk-tukarz, “no sunrise today”. Nieco rozczarowani zjedliśmy śniadanie w pobliskiej restauracji, pijąc najgorszą w życiu białą kawę: zaczęło się od tego, że jej kolor był czarny (leciutko pojaśniała podczas mieszania), a skończyło na tym, że była nieludzko słodka (co w sumie było do przewidzenia, biorąc pod uwagę, że w Singapurze dżem i ice tea było niesamowicie słodkie, a tajski Sprite jest słodszy od polskiego). Pan tuk-tukarz twierdził, że to dlatego, że tam kawa robiona jest ręcznie, a nie w ekspresie, i że w “normalnej” restauracji powinna być lepsza, bardziej podobna do europejskiej.

Po śniadaniu pojechaliśmy do świątyni Preah Khan, następnie do Ta Som, później do Banteay Srei, a na koniec jeszcze do jakiejś, której nazwy nie zapamiętaliśmy, ale była po drodze powrotnej do Siem Reap i obowiązywały w niej bilety do Angkor.

 

 

Banteay Srei

Zdj. 13: Banteay Srei

 


Najbardziej podobała nam się Banteay Srei - “świątynia kobiet”, zrobiona z różowawego kamienia. Mniej podobał nam się tłumek dzieci, który obskakiwał nas w każdej se świątyń. Terroryzując smutnymi minkami, żeby coś kupić. A to “ten postka fo łandola” (dzieci nauczono na tę okazję liczyć do dziesięciu w różnych językach, jedna dziewczynka umiała nawet policzyć po polsku), a to breloczek “fo łandola” (“Where are you from?”, “Poland”, “Ah, Poland! Capital Amsterdam!”), a to magnes, szaliczek, i wszystko, co tylko można wcisnąć turyście. No i nieodmienne “you said maybe you buy from me when you come back!”, gdy mijaliśmy dzieci po raz drugi, przy wyjściu.

W drodze powrotnej z Banteay Srei mieliśmy okazję “podziwiać” kambodżańską wieś: od czasu do czasu ceglany dom, ale większość drewnianych, ze strzechami. Prawie wszystkie na palach (chyba dla ochrony przez wilgocią). A na polach wychudzone krowy.

Koszt tuk-tuka na dziś: $25 (jechaliśmy daleko od miasta).

Polecamy “Butterfflies Garden Restaurant” - bardzo dobre obiady (przynajmniej te z kuchni Khmerów).

 

Środa, 16 stycznia - dzień ósmy (Ania)

Dziś oficjalnie zostaliśmy naciągnięci, big-time. Pan tuk-tuk namówił nas na wycieczkę do, jak zrozumieliśmy, “floating garden”. Wspomniał o $12 za wstęp na łódź, co zgadzało się z przewodnikowym opisem jakiegoś floating garden blisko Siem Reap. W momencie, którego nie uchwyciliśmy, zmienił zdanie i zawiózł nas do znacznie bardziej odległego i droższego “stilted village”, twierdząc, że to się bardziej podoba turystom. W ten sposób wyciągnął od nas po $20 na głowę za łódkę i $20 za dojazd tuk-tukiem do czegoś, co, delikatnie mówiąc, nie jest tego warte.

 

 

Kambodżańska stacja benzynowa

Zdj. 14: Kambodżańska stacja benzynowa (pan ma w butelkach benzynę!)

 


Stilted village to wioska na palach, która w porze deszczowej jest zalewana przez rzekę - a w porze suchej można podziwiać rzeczone pale. Jest to na pewno jakaś atrakcja, ale zgodnie wyceniamy ją na max $5 od łebka. Oczywiście w trakcie “rejsu” przez wioskę proponowano nam dodatkowo płatne atrakcje, np. $5 za pływanie mniejszą łódką między drewami lasu deszczowego, albo posiłek na barce / w knajpie na palach. Poprzestaliśmy jednak na robieniu zdjęć innym łódkom (seria pt. “inni frajerzy”).

 

 

Zdj. 15: "Floating Garden"

 


Po powrocie do hotelu ponudziliśmy się kilka godzin przy basenie, po czym (za $5) pojechaliśmy na lotnisko, gdzie (znowu) z gate’a zostaliśmy wypuszczeni samopas na płytę lotniska. Nie żeby trudno było znaleźć nasz samolot - na całym lotnisku było ich w sumie 3.

Z lotniska BKK wzięliśmy taksówkę do miejsca noclegu (“Phurahong Homestay”, znalezione na booking.com; czyste i ładne, klimatyzacja i ciepła woda, śniadanie gratis) blisko - a przynajmniej tak myśleliśmy - lotniska Don Mueang. Taksówka kosztowała aż 550TBH, bo oprócz 370TBH na liczniku płaciliśmy też za przejazd express-way i prowizję za wzięcie taksówki z lotniska.

Swoją drogą, lotnisko Suvarnabhumi ma ciekawy system z taksówkami: zamiast brać co stoi na postoju, ustawia się w kolejce do pani, która odczytuje/wysłuchuje podaną przez nas lokalizację, znajduje na mapie, a następnie z ustawionych w kolejce kierowców wybiera takiego, który umie tam dojechać. Pobiera za to opłatę 50TBH (to jest właśnie ta marża, którą dopłaciliśmy taksówkarzowi). Co jest fajne, bo ta pani mówi po angielsku - dzięki czemu łatwiej uniknąć nieporozumień z kierowcą.

 

Niedziela, 17 stycznia - dzień dziewiąty (Ania)

Jak się okazało, Phurahong Homestay jest 1 km od lotniska w linii prostej, ale trzeba jechać na nie aż 45 minut (przynajmniej rano). Drogi w tej okolicy układają się tak, że trzeba długo jechać / stać w korku zanim przez odpowiedni zjazd można zmienić kierunek ruchu - z tego wszystkiego jechaliśmy taksówką ponad 15km.

Ze względu na powyższe, wstaliśmy o 7, szybko spakowaliśmy się i zjedliśmy darmowe śniadanie. Trochę nam zrzedły miny, jak zobaczyliśmy, że jest ono kupką ryżu - ale okazało się bardzo dobre. W ryżu była marchewka, jajka, mięso (kurczak) i trochę zieleniny. Do tego kawka (dobra! biała i nie przesłodzona) i zimna woda.

Phurahong Homestay to pokoje do wynajęcia prowadzone przez rodzinę państwa Phurahong - bardzo miłych ludzi. Pani Phurahong nawet pojechała motorem do głównej ulicy, żeby złapać dla nas taksówkę (żeby uniknąć dodatkowej opłaty za wezwanie telefoniczne).

Lot Air Asia do Chiang Mai przebiegł bardzo sprawnie, po godzinie byliśmy na miejscu. Mnie (Anię) na lotnisku szczególnie urzekły wszechobecne storczyki - podobnie jak na Changi w Singapurze, dosłownie uginające się pod kwiatami, nigdy nie widziałam tak bujnie kwitnących storczyków w Polsce - nie wiem, czy to kwestia klimatu, czy gatunku.

Zaraz po wyjściu z lotniska złapaliśmy jeden z “czerwonych busów” (które bardziej przypominają zabudowane pick-upy), czyli “shared taxi”. Według wskazówek dojazdu do Awana House (naszego noclegu), jest to najtańszy możliwy transport. I rzeczywiście, za 30TBH od osoby pan kierowca zawiózł nas właściwie pod sam budynek.

 

 

Uliczka w Chiang Mai

Zdj. 16: Uliczka w Chiang Mai (po prawej czerwony bus - "shared taxi")

 


Awana House mieści się w ścisłym centrum turystycznym Chiang Mai, w cichej przecznicy od głównej ulicy. Ma ładne, duże pokoje z klimatyzacją, ciepłą wodą pod prysznicem, balkonem i lodówką. Na dole mieści się restauracja, w której można m.in. zjeść śniadanie. Dodatkowo do dyspozycji gości jest basen i leżaki na dachu. Ponadto Awana House oferuje przeróżne wycieczki (safari, trekking, rower, park linowy), jak również posiada własny salon masażu tajskiego. Szczerze mówiąc, jesteśmy oczarowani tym miejscem :). Jakby tego było mało, obsługa mówi dość płynnie po angielsku i nie ma problemu z dogadaniem się np. w sprawie wycieczek.

Samo Chiang Mai (a przynajmniej okolica, w której jesteśmy) wydaje się nam być wszystkim tym, co wg nas najlepsze w Tajlandii. Mamy więc mnóstwo małych straganów z przeróżnymi rzeczami, masę dobrego jedzenia w niskich cenach, a przy tym okolica wolna jest od zgiełku, który panuje w Bangkoku.

Po zakwaterowaniu udaliśmy się na pyszny obiad złożony z tajskich potraw, a po powrocie zapisaliśmy się na dwie jednodniowe wycieczki na jutro i pojutrze. Tak więc jutro wybieramy się na safari, a pojutrze - trekking.

W związku z tym, że zostało jeszcze trochę dnia, wybraliśmy się pozwiedzać kilka z licznych buddyjskich świątyń w Chiang Mai. Nie zrobiły jednak na nas specjalnego wrażenia - fakt, że to budynki z okolic XIV w., ale wszystkie w dobrze już nam znanej stylistyce. Na uwagę zasługują jednak tu i ówdzie medytujący mnisi, którzy - musicie wierzyć nam na słowo - nie ruszają się ani odrobinkę.

A, no i “zrobiliśmy” dziś prawnie - tzn. zanieśliśmy wszystkie nasze brudne ubrania do mieszczącej się obok pralni. Pani zważyła, że to 3,5 kg, powiedziała, że 25TBH za kilogram i że jutro o tej samej porze będzie do odbioru. Teraz zachodzę w głowę, jak to może być dla niej opłacalne. No ale najważniejsze, że teraz powinno nam starczyć rzeczy do końca wyjazdu.

 

Piątek, 18 stycznia - dzień dziesiąty (Ania)

Wybraliśmy się dziś na - organizowane przez jedno z licznych w Chiang Mai biur podróży - “Elephant Safari”, czyli wycieczkę do “stadniny” słoni.

Słabo - nawet jak na Tajlandię - mówiąca po angielsku pani przewodnik odebrała nas z hostelu, podobnie jak siedmioro innych uczestników wycieczki. Następnie, klimatyzowanym busem (ale bez pasów bezpieczeństwa, żeby nie było (dopisek Tomka: przecież były...)) przez ok. godzinę jechaliśmy do Chokchai Elephant Camp. Gdy dotarliśmy na miejsce, poinformowano nas, że (niespodzianka!) za jedyne 40TBH możemy kupić kiść bananów i karmić nimi słonie na początek. Następnie wsadzono nas na słonie i tym samym rozpoczęto najmilszą część tej wycieczki.

 

 

Wycieczka na słoniach

Zdj. 17: Wycieczka na słoniach

 


Jak się okazuje, na słoniu nie tak łatwo się utrzymać - zwłaszcza jak zatrzyma się podczas schodzenia po stromym spadku. Dla wytrwałych :-) jest jednak nagroda - za jedyne 40TBH (prawie jak łandola) można nakarmić słonia, tym razem trzciną cukrową. Tym razem skusiliśmy się, podobnie jak chyba wszyscy. I dobrze, bo widok trąby zasysającej laskę trzciny to ubaw co nie miara. Po karmieniu przeszliśmy jeszcze na słoniach przez rzekę, następnie zjedliśmy obiad (w cenie wycieczki) i pooglądaliśmy ludzi kąpiących słonie. Przy okazji zapoznaliśmy sympatyczną Czeszkę, której zrobiliśmy kilka zdjęć na słoniu i w związku z tym umówiliśmy się na mailową wymianę zdjęć. Tuż przed obiadem oglądaliśmy “elephant show”, czyli pokaz wyuczonych sztuczek. Były więc słonie stojące na tylnych nogach, na głowie, tańczące, grające w piłkę i malujące obrazy. Trochę to wszystko budziło mieszane uczucia - bo jednak tresura to tresura - ale trzeba przyznać, że były pocieszne.

 

 

Kąpiące się słonie

Zdj. 18: Kąpiące się słonie

 


Po obiedzie obwieziono nas ok. 200 m wozem zaprzężonym w wyglądające na słabo traktowane woły. Ostatnią zaś atrakcją w tym miejscu był “bamboo rafting”: spływ tratwą zbudowaną z bambusa.

Z Chokchai przewieziono nas na farmę motyli i storczyków. Wyglądała trochę jak zapychacz czasu do tego typu wycieczek, ale naprawdę mi się podobała, szczególnie część ze storczykami. Było ich tyle rodzajów, i wszystkie tak pięknie kwitły! Co ciekawe, nie były w doniczkach, tylko wisiały, przyczepione do plastikowych trzymadełek, a korzenie dyndały wolno.

Na tym wycieczka się skończyła. Po powrocie do hostelu odebraliśmy pachnące pranie, poszliśmy na obiad i spać, bo w sobotę mieliśmy rozpisany start wycieczki na 8 rano.

 

Sobota, 19 stycznia - dzień jedenasty (Tomek)

Rano przybył po nas pan wyglądający trochę na Chińczyka, ze śmieszną kozią bródką (3 włosy na krzyż) i wpakował na tył pickupa. Po drodze ubraliśmy pozostałych uczestników wycieczki: dwie Holenderki, troje Francuzów i Niemkę. Trzeba przyznać, że sama podróż na miejsce miała się nijak do europejskich (a w zasadzie jakichkolwiek) standardów bezpieczeństwa. Jadąc 100 km/h z ósemką ludzi na pace w sytuacji zderzenia z czymkolwiek z ludzi z tyłu powstaje dżem, no ale co tam - to w końcu Tajlandia :-). Po drodze zatrzymaliśmy się na 15 minut na małym targu, żeby móc kupić sobie wodę i cokolwiek na co mamy ochotę (w cenę wycieczki wliczony był jedynie obiad).

Praktycznie przy końcu drogi nasz kierowca zatrzymał się, żeby przeprowadzić rozmowę z miejscowymi. Z naszej perspektywy wyglądało to trochę, jak pytanie o drogę. W każdym razie, za jakieś 5 minut byliśmy na miejscu - na jakimś wzgórzu, gdzie miała się rozpocząć nasza wędrówka.

Kiedy wszyscy wysiedliśmy z samochodu, kierowca postanowił uraczyć nas pysznym żartem (“Where is your guide? You don’t know? Oh...”) po to, żeby mogło okazać się, że jest także naszym przewodnikiem. Przedstawił się nam jako pan Ping Pong - bardzo chciałbym to skomentować, ale chyba nie ma potrzeby. Rozdał każdemu z nas jedzenie (ryż + mięso), żebyśmy spakowali je do plecaków. Pan Ping Pong wytłumaczył nam, że w dniu dzisiejszym przejdziemy ok. 8 km i że po drodze będzie możliwość odpoczynku i kąpieli przy wodospadzie, wizyta w jaskini z nietoperzami oraz (na koniec) wioska jakiegoś lokalnego plemienia.

 

 

Widok ze wzgórza

Zdj. 19: Widok ze wzgórza

 


Ruszamy w drogę. Wędrówka jak wędrówka - absolutnie nic ekstremalnego, coś jak nasz Beskid Sądecki, a może nawet i to nie. Po prostu - trochę pod górkę, trochę w dół. Jest dość chłodno, bo idziemy w lesie. Sam krajobraz, poza palmami i paroma niespotykanymi u nas kwiatami czy owadami nie jest niczym nadzwyczajnym, ale to nie znaczy, że jest źle.

Jakieś 15 minut od rozpoczęcia wycieczki coś się dzieje Ping Pongowi w oko. Prawdopodobnie skaleczył się w nie, bo podeszło mu krwią. Muszę przyznać, że od przewodnika spodziewałbym się innej reakcji, niż nerwowe syczenie, prośba o zrobienie zdjęcia aparatem, żeby mógł zobaczyć oko (“What is the white part?”, “It’s the flash”, “Oh...”), czy też tłumaczenie, że on nie widział, jak to się stało, ale się stało. Byliśmy trochę skonsternowani - nie wiadomo w sumie, czy Ping Pong jest w stanie dalej iść i czy coś widzi. Na szczęście po tym, jak Julia (Niemka) zaproponowała mu przemycie oka jej kroplami, zdecydował, że idziemy dalej. Co jakiś czas jednak przystawał, krzywił się, czy też przemywał oko w strumyku.

Po jakichś 2 godzinach dotarliśmy do wodospadu - był niewielki i było przy nim niewielkie bajorko, ale wystarczające, żeby można było się wykąpać. Kto mógł, to zrobił (woda była bardzo zimna, a przez to bardzo przyjemna w takim upale). Zjedliśmy tam też obiad. W okolicy pojawiły się też dziko żyjące psy - wśród nich malutki szczeniaczek, który szybko przyciągnął uwagę dziewczyn. Jedna z Francuzek pomogła mu zejść ze skały i zaczęła go karmić... Oreo. Kiedy się zorientowaliśmy, uświadomiliśmy ją, że czekolada to dla psów trucizna, ale ona przecież dała mu “just a little bit”. Bez komentarza.

Ruszamy dalej - kolejna godzina czy dwie i znajdujemy się przy jaskini nietoperzy. Zejście wygląda trochę stromo. Ping Pong pyta kto chce iść. My się nie decydujemy (ja uznałem, że z gościem tak nieodpowiedzialnym nigdzie nie schodzę), poszła natomiast Julia, dwie Holenderki i Francuz. Julia przed zejściem oparzyła dłoń o jakąś roślinę. Zapytała Ping Ponga co to jest, a jego odpowiedź (“some plant”) niespecjalnie mnie zaskoczyła. Po jakichś 15-tu minutach ekipa jaskiniowa pojawiła się z powrotem - z opowieści Julii nie było tam wewnątrz jednak nic zachwycającego - ot, jaskinia i 6 nietoperzy skulonych w środku.

 

 

Palmy w dżungli

Zdj. 20: Palmy w dżungli

 


Jakąś godzinę drogi od jaskini oddalona była ostatnia atrakcja tej wycieczki - wioska. Szczerze mówiąc, oczekiwaliśmy jakiejś interakcji z tubylcami, poznanie zwyczajów plemienia. Okazało się jednak, że przeszliśmy po prostu przez wioskę wyglądającą jak każda inna wioska i usiedliśmy w miejscu, gdzie można było u pewnej pani kupić zimne napoje.

Kiedy siedzieliśmy, Ping Pong zapytał mnie, czy jestem kierowcą. Odparłem zgodnie z prawdą, że tak, na co on spytał, czy mogę prowadzić samochód. Wytłumaczyłem mu, że nie czuję się komfortowo prowadzić samochód w ruchu lewostronnym (pomijając już całkowicie absurd sytuacji, że ja miałbym wziąć odpowiedzialność za wszystkich pasażerów, a poza tym - to on, do cholery, jest przewodnikiem i kierowcą). Nie jestem przekonany do końca, czy nie był to kolejny tajski dowcip z bogatej skarbnicy humoru tego wspaniałego kraju, ale nie będzie mi już dane się dowiedzieć. Ping Pong pojechał z jakimiś ludźmi po swoją ciężarówkę i za około 10 minut nią przyjechał, zapakował nas do środka i ruszył. Po drodze zatrzymał się na chwilę, by przedstawić nam swoją żonę i 6-cio miesięczne dziecko. Pokazując na swoją żonę, powiedział perfekcyjnym tajskim angielskim: “When I not drive, she drive”. Tak więc żona i dziecko wsiedli z przodu do auta na fotel pasażera. Przez szybę z tyłu można było zobaczyć m.in., że maluch radośnie majstruje przy skrzyni biegów. Nie, żeby robiło to na nas w tej chwili jakiekolwiek wrażenie...

Po jakiejś godzinie zostaliśmy z powrotem (bezpiecznie, na szczęście) podwiezieni do Awana House. Pożegnaliśmy współuczestników wycieczki i poszliśmy wziąć prysznic, żeby o 20 spotkać się z Julią, z którą skumplowalismy się w trakcie wycieczki, na kolacji w Hot Chili.

Kolacja była bardzo przyjemna. Fajnie było tak z kimś usiąść i pogadać. Julia świetnie mówi po angielsku (jest nauczycielką angielskiego), więc rozmawiało się bardzo płynnie. Usłyszeliśmy parę bardzo ciekawych historii (np. o 42-godzinnej podróży lotniczej Julii z Niemiec do Bangkoku), przypomnieliśmy sobie śmieszne fragmenty dzisiejszej wycieczki oraz wymieniliśmy się namiarami, by później może utrzymać kontakt.

Około godziny 22:00 podjechaliśmy wytargowanym na 60TBH tuk-tukiem na nocny targ, gdzie kupiliśmy sobie parę ciuchów oraz pamiątki dla rodziny i znajomych (bez targowania ani rusz!) i, zmęczeni, wróciliśmy do hotelu, tym razem już za 50TBH :-).

 

Niedziela, 20 stycznia - dzień dwunasty (Ania)

Strasznie szybko zleciały nam te trzy dni w Chiang Mai. Dziś nasz lot z powrotem do Bangkoku.

W niedalekim kościele katolickim (The Cathedral of the Sacred Heart) jest angielska msza o 11, więc po wymeldowaniu się i śniadaniu tam właśnie się udaliśmy. Msza była bardzo sympatyczna. Prowadzona przez francuskiego księdza, z fajnym kazaniem. Przerywana pieśniami/psalmami w stylu gospel. Rozbawiło mnie zbieranie datków - nie do koszyczka, ale do worka na długim kiju (coś jak wybierak przy łowieniu ryb).

Z kościoła wróciliśmy piechotą. Chwilę posiedzieliśmy przy Awana-House’owym basenie, pisząc kartki pocztowe, następnie skoczyliśmy na obiad. Gdy skończyliśmy, mieliśmy jeszcze pół godziny do wyjazdu na lotnisko. A ponieważ była 16:30 w niedzielę, to akurat załapaliśmy się na początek Sunday Walking Street Market przy naszej ulicy. Sunday Market jest podobno trochę tańszy od targu nocnego - na pewno natomiast równie barwny. Na straganach było wszystko i jeszcze trochę. Udało się nam nawet wypatrzeć kilka upominków dla rodziny.

Odebraliśmy z Awana House nasze bagaże i złapaliśmy tuk-tuka na lotnisko. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego konkretnie, ale uwielbiam tuk-tuki. Jazda nimi sprawia mi dziecięcą frajdę, a targowanie się z kierowcami strasznie mnie bawi. A może to po prostu atmosfera Chiang Mai, gdzie każdy sprzedający rzuca zaczepnie jakąś absurdalną cenę i z bananem na twarzy, słysząc “Noooo, that’s too much!”, pyta: “So what’s your price?”.

W ten sposób tuk-tuk na lotnisko kosztował nas 60TBH (a nie, jak sugerował kierowca, 100).

Z Chiang Mai dolecieliśmy do Bangkoku na Don Mueang. Stamtąd próbowaliśmy złapać taksówkę do państwa Phurahong. Żeby uniknąć dopłaty 50TBH za obsługę lotniskową, wyszliśmy do głównej drogi i na własną rękę próbowaliśmy coś złapać. Niestety, jak się okazało, żaden z kolejnych pięciu taksówkarzy nie potrafił przeczytać mapy dojazdu (opisanej po tajsku), którą im pokazywaliśmy. Zdegustowani wróciliśmy więc na lotnisko, gdzie pani za ladą skierowała nas do pierwszego z brzegu kierowcy - który oczywiście z odczytaniem mapy nie miał najmniejszego problemu.

W ogóle to Julia (Niemka) wspomniała, że jechała z Bangkoku do Chiang Mai kuszetką, która kosztowała ją bodaj 900TBH i była bardzo wygodna. Szkoda, że nie wpadliśmy na to - zaoszczędzilibyśmy trochę czasu i pieniędzy.

 

Poniedziałek, 21 stycznia - dzień trzynasty (Tomek)

Pobudka o 5:30, żeby zdążyć na poranny lot Air Asia do Phuket Town. Na lotnisko dotarliśmy sprawnie taksówką, później już tylko check-in, odprawa i lecimy. W Phuket jesteśmy parę minut po 10:00. Odbieramy bagaże i kierujemy się do wyjścia. Potrzebujemy dotrzeć do zatoki, z której odpływają promy na Koh Phi Phi - wiemy, że jest to dystans 20-30 km od lotniska. Zara po wyjściu z terminala zauważamy wiele różnych agencji turystycznych oferujących bilety i transport na prom. Zatrzymujemy się przy stanowisku jednej z nich. Przed nmi jest młoda Irlandka, która też chce dostać się tam, gdzie my. Kupujemy 2 bilety tam i z powrotem o ważności 3 miesięcy za 1000TBH sztuka. Ludzie z agencji mówią nam, że najkorzystniejszą opcją będzie dla nas dostać się do promu z lotniska taksówką (ok. 500TBH). Dogadujemy się z Irlandką, żeby wziąć wspólną taryfę i podzielić koszty między 3 osoby. Bardzo przyjemnie się nam rozmawia. Idziemy złapać taksówkę.

Oczywiście, przez 100 metrów, jakie dzielą wyjście z lotniska z postojem taksówek, dostaliśmy parę ofert od naciągaczy (1000TBH, 700TBH...), ale, nauczeni już doświadczeniem, twardo odrzucaliśmy je idąc w stronę postoju. Tam złapaliśmy “normalną” taksę, gdzie pan obiecał włączyć licznik i powiedział, że w sumie (razem z opłatą 100TBH za taksówkę z postoju) wyjdzie ok. 450TBH.

Podróż trwała ok. 45 minut i odbyła się w bardzo miłej atmosferze (cały czas rozmawialiśmy z nowo poznaną koleżanką). Niestety, pojawiamy się w zatoce po 11:00 i musimy czekać na następny prom do 13:30 (poprzedni odpłynął o 11:00). Wykorzystujemy ten czas na zjedzenie czegoś (oczywiście stoiska z jedzeniem i piciem były dookoła nas) i dalszą rozmowę.

Około 13:00 zaczyna się przyjmowanie ludzi na pokład. Wchodzimy na pokład promu i oddajemy nasze bagaże panu, który wszystkie torby i plecaki rzuca na jedną wielką kupę przy wejściu. Za późno orientujemy się, że nasze plecaki będą na samym dnie ogromnej sterty i trochę martwimy się, że coś może nam się niepotrzebnie pognieść albo wylać. Ale co tam - płyniemy.

Podróż trwa prawie 2 godziny, a w czasie rejsu (a jakże!) można było kupić przekąski i napoje na pokładzie (za odpowiednią cenę).

 

 

Port na Koh Phi Phi

Zdj. 21: Port na Koh Phi Phi

 


Prom dociera do zatoki przy wyspie. Widoki są naprawdę przyjemne. Dzięki nim, jesteśmy w stanie na chwilę zapomnieć o tym, jak zmęczeni i spoceni (nieziemski upał) jesteśmy. Jakoś udaje nam się wydobyć nasze bagaże spod sterty innych i wychodzimy na brzeg. Pobierają od nas opłatę 20TBH/osobę, ponoć na rzecz sprzątania wyspy. Dobra, niech będzie. Żegnamy się z Irlandką (mieszka w innym miejscu, niż my) i idziemy do naszego The White II.

 

 

Uliczka na Koh Phi Phi

Zdj. 22: Uliczka na Koh Phi Phi

 


Okazuje się,  że na Koh Phi Ph nie ma ulic - są tylko uliczi z bruku, po obu stronach są restauracje, stoiska, przeróżne punkty usługowe, apteki, hotele... Na wysepce w ogóle nie ma samochodów, jedynie rowery, a towar ludzie transportują na takich bardzo dużych taczkach. Co chwila słychać dzwonek rowerzysty albo taczkarza, co, prawdę mówiąc, trochę nas irytuje. Docieramy po 15 minutach do The White II, dostajemy klucze do pokoju i idziemy wziąć prysznic.

Pokój bardzo przestronny i czysty, jak na tajskie standardy. Bardzo szybko po prysznicu ucinamy drzemkę (zbyt zmęczeni...). Po drzemce, ale przed snem jeszcze idziemy na kolację. Jutro idziemy na plażę!

 

Wtorek, 22 stycznia - dzień czternasty (Ania)

Spaliśmy strasznie długo, bo śpi się tu nam naprawdę dobrze. No i nic nas nie goni (wreszcie!). Po śniadaniu dowiedzieliśmy się, że w okolicy jest kilka plaż. Ta koło portu (ale jest tan mnóstwo łodzi), druga najbliżej nas, ale bardzo długo woda sięga tylko do kolan, więc trzeba daleko w niej brodzić, no i najładniejsza: Long Beach, odległa o ok. pół godziny piechotą.

 

 

Stragan z jedzeniem

Zdj. 23: Stragan z jedzeniem

 

 

Niestety po drodze Tomek (idący boso po bruku) wpasł na mnie i zrobił sobie coś w palec u nogi. Bolało i wyglądało źle, więc poszliśmy do pobliskiego szpitala, gdzie pani wyjaśniła nam, że nie mają rentgena, ale ich oddział w wiosce (“clinic”) ma i współpracuje z ubezpieczalniami. Okazało się, że rzeczona przychodnia jest 10 metrów od naszego hostelu, co trochę skróciło bieganie za dokumentami. Tomek został prześwietlony, zdiagnozowany, zabandażowany, jak również dostał leki przeciwzapalne, a wszystko odbyło się bezgotówkowo, opłacone przez Allianz (w nim mieliśmy ubezpieczenie). W ogóle poszło to zaskakująco prosto: jedyne, co musieliśmy zrobić, to zadzwonić do Allianz, żeby przesłali mailem/faxem do kliniki potwierdzenie gwarancji płatności.

W klinice spędziliśmy niestety kilka godzin, więc po wyjściu z niej mieliśmy już tylko czas na krótki spacer na plażę koło portu. Za to jutro idziemy się opalać!

 

Środa, 23 stycznia - dzień piętnasty (Ania)

Udało się! Dziś dotarliśmy na plażę. Ścieżka na Long Beach to częściowo chodnik, a częściowo dróżka w lesie (końcówka jest stroma, więc powiesili tam liny, które mogą służyć za poręcze). Idzie się od nas ok. pół godziny, co jakiś czas są drogowskazy “To Long Beach”. Sama plaża natomiast jest naprawdę śliczna i - o dziwo - nie ma na niej tłumów. W części poza kąpieliskiem cumuje kilka taxi-boats, w środkowej części plaży jest sklepik i restauracja. I jest cisza i spokój, bez nikogo nagabującego, żeby kupić coś od niego. Woda jest cieplutka i czysta, a słońce grzeje jak szalone. Niedaleko od brzegu (w obrębie kąpieliska) można nawet pooglądać kolorowe rybki, pływające wokół mini-rafek koralowych.

 

 

Long Beach

Zdj. 24: Long Beach

 


Żyć nie umierać. Jedyne, czego mi brakowało, to prysznice ze słodką wodą - sól w pewnym momencie piekła bardzo. Widziałam takie prysznice przy plaży w porcie i przy tej płytkiej (chyba). No ale z drugiej strony - jak sól zaczynała piec, można było pobiec z powrotem do wody :).

Po kilku godzinach leżenia wróciliśmy do wioski, zjedliśmy obiad, po czym poszliśmy rozejrzeć się za ofertami snorkellingu. Znaleźliśmy jakąś 4-godzinną wycieczkę do Maya Bay (na wyspie Leh, czyli na tej z “Rajskiej plaży” z Leonardo Di Caprio) organizowaną przez Tajów w senie 300TBH, jednak ostatecznie zdecydowaliśmy się na polecany przez Lonely Planet “Adventure Club”, który organizuje 4-godzinne wycieczki po 800TBH, za to snorkelling odbywa się bodaj w 4 punktach wokół wyspy, gdzie podobno jest mniej ludzi. Generalnie najbardziej chyba przekonało nas to, że prowadzą to Europejczycy płynnie mówiący po angielsku, więc w razie czego unikniemy problemów z komunikacją.

Z ciekawostek - polecam na oparzenia słoneszne krem ultra-nawilżający Cetaphil. Słońce przypiekło mnie tu już kilka razy i za każdym razem krem łagodził skutecznie oparzenia. Zero schodzącej skóry.

 

Czwartek, 24 stycznia - dzień szesnasty (Ania)

Zapisaliśmy się na snorkelling o 13:45, więc po śniadaniu przeszliśmy się przez Tonsai Village, żeby zrobić kilka zdjęć. Potem zostawiliśmy wszystko, co zbędne w hostelu i stawiliśmy się w Adventure Club o wyznaczonej porze.

Snorkelling był niesamowity. Rzeczywiście zabrano nas w 4 różne miejsca. Na rafie koralowej wokół Phi Phi Leh, z czego w trzech mogliśmy podziwiać zróżnicowaną faunę. Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji snorklować - ta wycieczka była idealna na początek! Przewodnik/instruktor na łodzi opowiadał, co zobaczymy, na co zwracać uwagę, czego unikać, a następnie schodził razem z nami do wody i pokazywał co ciekawsze okazy. Oprócz tego robił pod wodą zdjęcia, żeby później (po powrocie) przejść przez nie z nami, opowiedzieć, co dokładnie widzieliśmy. W sumie w wodzie spędziliśmy ok. 2 godzin, widzieliśmy rekina, dwa żółwie i mnóstwo ślicznych rybek. Za dodatkową opłatą dostaliśmy też płytkę z dzisiejszymi zdjęciami oraz zestaw “przeglądowych” zdjęć z rafy, na której dziś byliśmy.

 

 

Widok z łodzi podczas wyprawy snorkellingowej

Zdj. 25: Widok z łodzi podczas wyprawy snorkellingowej

 


Ze szczegółów “technicznych”: w cenie wycieczki dostaliśmy pianki (“wet suits”), płetwy, proponowano nam maski i rurku (ale mieliśmy swoje), kamizelki ratunkowe dla tych mniej odważnych, a także Aviomarin (a właściwie tutejszy jego odpowiednik). Dostaliśmy też po ok. listrze wody pitnej na osobę i pudło arbuza w kawałkach do podziału między sześcioro uczestników. Ponadto wypożyczono nam (również bezpłatnie) tzw. “ocean bag”, do którego schowaliśmy rzeczy, żeby nie zamokły na łodzi.

Ogólnie jesteśmy strasznie zadowoleni i na pewno będziemy chcieli spróbować tego jeszcze raz.

Z wycieczki wróciliśmy ledwo żywi, więc po niej tylko udaliśmy się na obiad i spać.

 

Piątek, 25 stycznia - dzień siedemnasty (Tomek)

Dziś znów wybraliśmy się na plażę. Piękna pogoda, słońce świeci jak szalone - lampa. Tym razem trochę rozsądniej podeszliśmy do tematu ochrony przed słońcem i chyba z dobrym skutkiem - bo bez większych oparzeń. Oprócz opalania się oczywiście też popływaliśmy. W tej brdzo czystej wodzie można czasem dojrzeć małą kolorową rybkę albo dwie. Po paru godzinach zdecydowaliśmy wrócić, żeby jeszcze za dnia zobaczyć “Banana Rooftop Bar”.

Bar wygląda bardzo fajnie, wydaje się być idealnym miejscem na wieczorne imprezy, do tego widok na całe Koh Phi Phi - super.

 

 

Doctor Fish

Zdj. 26: Doctor Fish

 


Następnie poszliśmy na obiad, a później na ziwytę w “Doctor Fish” - malutkie bezzębne rybki wyjadające naskórek z ludzkich stóp. 15 minut takiej przyjemności kosztuje 200TBH od osoby. Panie tam pracujące najpierw bardzo dokładnie myją nam łydki i stopy (chodzi o to, żeby rybki nie potruły się wyjadając jakieś kremy albo np. substancje przeciwko owadom), a później wskazują, w którym z 3 sporych akwariów mamy zanurzyć nogi. Pierwsze wrażenia - strasznie łaskoczą! I śmiesznie to wygląda - masa malutkich rybek dosłownie przysysa się do naszych stóp. Miła pani, widząc że mamy aparat, robi nam kilka zdjęć. Kiedy zabieg się kończy, dostajemy ręczniki do wytarcia nóg. Super sprawa - mamy bardzo gładkie stopy i ogólne odczucie bardzo przyjemne. Polecamy każdemu!

 

Sobota, 26 stycznia - dzień osiemnasty (Ania)

Dzień upłynął nam w podróży: prom do Phuket, stamtąd bus na lotnisko (200TBH od osoby, transport organizowany przez ludzi od promu), dwie godziny czekania, lot do Bangkoku, tam ok. 3 godziny przerwy i lot do Singapuru. Z lotniska metrem dojechaliśmy do hostelu (tak, jak poprzednio - Inn Crowd). Na miejscu okazało się, że tym razem - o dziwo - mamy pokój  faktycznymi oknami. A konkretnie dwoma “lufcikami” pod dachem (po jednym z każdej strony skosu), więc rano jest naprawdę jasno.

Oczarowani tym widokiem (:P) padliśmy bardzo szybko.

 

Niedziela, 27 stycznia - dzień dziewiętnasty (Ania)

Tomek jest dziś dość chory, więc postanowiliśmy dziś przejść się tylko po Little India (naszej okolicy). Trafiliśmy na jakieś hinduskie święto. Wzdłuż głównej ulicy Little India ruch był częściowo wstrzymany, a wydzielonym pasem, między barierkami, podążała swoista procesja: kobiety w sari, mężczyźni w kolorowych strojach, a między nimi półnadzy mężczyźni z zamontowanym czymś w rodzaju kulistych drucianych klatek wokół nich. A na szczycie takiej klatki - pióra, cekiny i coś innego kolorowego. No i oczywiście w tle głośna muzyka w stylu bolly. Ohyda.

 

 

Święto w Little India

Zdj. 27: Święto w Little India

 


Temu wszystkiemu towarzyszyły oczywiście tłumy lokalnych (hinduskich) gapiów na ulicach. Co ciekawe, byli to prawie wyłącznie mężczyźni. W ogóle jak przeszliśmy ulicami Little India, to facetów wszędzie było pełno: w knajpach, przy barierkach, idących ulicą. A zwłaszcza mnóstwo tych siedzących na chodnikach i krawężnikach - nie żeby cokolwiek robili; tak sobie siedzą i gadają. Kobietę rzadko kiedy mozna było dojrzeć. Jak już były, to na ogół szły gdzieś z mężami. No a poza tym oczywiście były w pracy: w 7-eleven, w knajpach, na straganach, w sklepach.

Po tym szybkim spacerze po Little India mamy już dość wszechobecnego tutaj brudu i smrodu i wiążemy spore nadzieje z innymi dzielnicami Singapuru. Znaleźliśmy double-decker bus tours z S$18 od osoby, jadące po całym mieście (oprócz Sentosa Island), wybieramy się nimi jutro na wycieczkę.

 

Poniedziałek, 28 stycznia - dzień dwudziesty (Tomek)

Po śniadaniu, ok. godziny 11 poszliśmy na przystanek niedaleko Inn Crowd, z którego miał odjeżdżać autobus, którym chcieliśmy objechać Singapur. Oczywiście daliśmy sobie wcisnąć bilet na wszystkie autobusy za S$33, zamiast na jedną linię za S$18, no ale co tam... w drogę. Najpierw zdecydowaliśmy się zrobić kółko po całej trasie (ok. godziny), żeby później wyskoczyć w paru interesujących nas miejscach i pozwiedzać na piechotę. Był to tzw. “hop-on hop-off bus”, czyli co ok. 20 minut przyjeżdżał kolejny autobus, do którego można było wsiąść, a zakupiony bilet był ważny przez 24 godziny.

 

 

Skrzyżowanie w Singapurze - mnóstwo zieleni

Zdj. 28: Skrzyżowanie w Singapurze - mnóstwo zieleni

 


Trzeba powiedzieć, że Singapur jako miasto jest naprawdę imponujący: olbrzymie wieżowce, wielkie budynki i biurowce wyglądają ładnie. W mieście ponadto jest czysto i wszędzie jest bardzo dużo zieleni. Oprócz wielu parków, także nawet wzdłuż zwykłych ulic ciągną się zielone trawniki z posadzonymi drzewami.

Zdecydowaliśmy się wysiąść przy Raffles Hotel, żeby obejrzeć Colonial District, w tym budynku Sądu Najwyższego i Parlamentu. Później przeszliśmy się do pomnika Merlion (symbol Singapuru), by stamtąd móc też dokładnie obejrzeć imponujący budynek Marina Bay Sands - na dachu tegoż znajduje się bowiem basen oraz posadzone są palmy! Jeśli tylko się uda, spróbujemy tam jutro wjechać. Przeszliśmy się jeszcze dróżką wzdłuż rzeki, gdzie znajduje się mnóstwo małych restauracji. W jednej z nich zjedliśmy obiad. Niestety, ceny bardzo wysokie. Dwudaniowy posiłek to S$14, piwo S$12 (!), a dodatkowo w cenę w menu nie są wliczone: 10% za obsługę oraz 7% podatku, co oznacza, że wszystko kosztuje mniej więcej 120% swojej ceny z karty.

 

 

Merlion - symbol Singapuru

Zdj. 29: Merlion - symbol Singapuru

 


Najedzeni, ale biedniejsi o trochę ponad S$50, poszliśmy na przystanek. Tym razem wybraliśmy się do ogrodu botanicznego. Zajmuje on dość sporą powierzchnię, jest ładny i bardzo przyjemnie się po nim spaceruje. Jest wiele różnych punktów widokowych. Można też przejść się po lesie deszczowym, który nie jest sztucznie oświetlony, żeby zachować naturalny ekosystem.

Obeszliśmy ogród dookoła i zdecydowaliście się jeszcze zobaczyć Emerald Hill Road, przy którym wg Lonely Planet znajdować się miały ciekawe architektonicznie budowle. Kiedy dotarliśmy na miejsce, byliśmy trochę zawiedzeni. Fakt - budynku nietypowe dla centrum miasta, ale czy rzeczywiście aż tak ciekawe, żeby nazywać je atrakcją turystyczną? Naszym zdaniem nie. Dość szybko więc wróciliśmy na przystanek, skąd jeden z ostatnich w tym dniu autobusów (kursują od ok. 9 do ok. 19) zabrał nas z powrotem do Little India.

 

Wtorek, 29 stycznia - dzień dwudziesty pierwszy (ostatni :( ) (Ania)

 

 

Marina Bay Sands, Art Science Museum, wieżowce dzielnicy finansowej

Zdj. 30: (od lewej) Marina Bay Sands, Art Science Museum, wieżowce dzielnicy finansowej

 


Po śniadaniu i zdaniu pokoju zostawiliśmy nasze bagaże w Inn Crowd (musieliśmy dopłacić S$6 od osoby za to i możliwość późniejszego skorzystania z prysznica), a sami poszliśmy zwiedzać Singapur. Zaczęliśmy od zakupu jednodniowego biletu na metro (Tourist Pass) w cenie S$10 + S$10 depozytu (odebraliśmy depozyt na stacji na lotnisku). Następnie pojechaliśmy do Marina Bay Sands - hotelu, który podobno jest w kształcie ryby rozłożonej na trzech filarach. Jakby się to nie miało do rzeczywistości, hotel jest bardzo wysoki, a na najwyższym piętrze jest basen (dla gości) oraz taras widokowy, dostępny dla turystów. Bilet na taras kosztuje S$20. W jego ramach można też wziąć udział w 15-minutowej wycieczce - “zwiedzaniu” basenu i reszty piętra. Te wycieczki organizowane są 3 razy dziennie: o 10, 14 i 21, a maksymalna liczność grupy zwiedzającej to 50 osób. My trafiliśmy na miejsce ok. 12, więc załapaliśmy się tylko na taras - ale widok z niego i tak zapierał dech w piersiach.

 

 

Widok z tarasu Marina Bay Sands

Zdj. 31: Widok z tarasu Marina Bay Sands

 

 

Zadowoleni, przejechaliśmy metrem na stację Harbourfront, z której można pieszo przejść na wyspę Sentosa. Co ciekawe, deptak prowadzący na wyspę (Sentosa Boardwalk) jest wyposażony w ruchome chodniki, takie jak na lotniskach (tzw. travellators), a co jakiś czas powieszone są znaki informujące, ile jeszcze metrów do celu (w sumie było bodaj 650m...). Przy wejściu na wyspę wnosi się opłatę S$1.

Na wyspie Sentosa znajduje się sporo atrakcji turystycznych, m.in. park rozrywki Universal Studios i park wodny. My wybraliśmy się do Oceanarium (wstęp S$29 od osoby). Trzeba przyznać, że zrobiło ono na nas wrażenie. W akwariach zaaranżowano tam mniejsze i naprawdę duże rafy koralowe, wśród których roiło się od kolorowych rybek (niektóre rozpoznaliśmy nawet z rafy przy Ko Phi-Phi). Były też akwaria z chłodniejszą wodą, np. z meduzami, a także ogromne akwarium symulujące otwarty ocean, w którym pływały zarówno małe rybki, jak i płaszczki, rekiny lamparcie (?) i kraby. Zwieńczeniem wycieczki było przejście przez tunel pod akwarium z rekinami i rybami-młotami.

 

 

Oceanarium na wyspie Sentosa

Zdj. 32: Oceanarium na wyspie Sentosa

 


Po opuszczeniu Sentosy przejechaliśmy do Haw Par Villa, czyli parku “rozrywki” ufundowanego przez twórcę Tiger Balm, obecnie miliardera. Podobno zilustrowana jest tam historia Chin, podobno w sposób groteskowy. Pierwszej części nie jesteśmy w stanie potwierdzić, z drugą natomiast zgadzamy się w całej rozciągłości. Przedstawione scenki są nie tylko groteskowe, ale też kiczowate, a często kompletnie dla nas niezrozumiałe (np. żółw serwujący jeleniowi herbatę).

Po szybkim przejściu przez Haw Par Villa wróciliśmy do Little India, gdzie zjedliśmy obiad, umyliśmy się i przebraliśmy, zabraliśmy plecaki i pojechaliśmy na lotnisko.


Lotnisko Changi

Zdj. 33: Lotnisko Changi

 

Na koniec kilka słów o lotnisku Changi. Podobno zdobyło ono najwięcej na świecie nagród - jesteśmy w stanie w to uwierzyć. Na Changi nie tylko jest bezpłatny internet (zarówno wifi, jak i terminale z przeglądarkami); nie tylko dostępne są szafki, w których można podłączyć do ładowania telefon; nie tylko jest wyściełane kolorowymi dywanami, które czynią je bardzo cichym i przytulnym. Są tu również kozetki, na których można poleżeć z książką czy laptopem, jest duży ekran z fotelami-widownią, na którym wyświetlane są m.in. transmisje z meczów piłki nożnej, są mini-ogrody, w których można w ciszy odpocząć. Natomiast dla oczekujących kilka godzin na przesiadkę pasażerów, którzy chcieliby zobaczyć miasto, Singapore Airlines zorganizowały własną linię autobusów turystycznych typu hop-on, hop-off. Do autobusu można wsiąść za okazaniem boarding passa.

Aż żal stąd odjeżdżać, ale czas już wracać do domu. Zdecydowanie były to najlepsze wakacje w naszym życiu!

 

Krótko i zwięźle

Tagi:    ars    kino    zdjęcia    humor

Dzisiaj krótko - dwa zdjęcia sprzed kina ARS w Krakowie:

 

Śmierć, kutas i zniszczenieSzatan wódka czołgi

 

A ARS bardzo lubię, często bywam. Przyjemne, przytulne kino. Polecam każdemu, kto nie przepada za kinopleksami, a lubi kameralny, spokojny klimat.

 

Jeśli chodzi o mundial, to Hiszpania wreszcie wygrała, choć skromnie. żałuję, że nie obstawiam meczy u buka, bo za Chile - Szwajcaria mógłbym zgarnąć... ehhh, mądry Polak po szkodzie.

Swobodne podróżowanie

Tagi:    samochód    jazda samochodem    auto    podróż

Ależ wspaniale się jedzie samochodem w taki dzień jak dziś! Dzisiaj właśnie jechałem z Krakowa do Skarżyska i niezwykle ucieszyłem się z faktu, że zabroniono ruchu tirom (tzw. większym mobilkom ;-) ). Wyobraźcie sobie brak korków na alejach w Krakowie (no dobra, to akurat nie tylko zasługa owego zakazu, tylko fakt, że dzisiaj Boże Ciało i wszyscy albo już wyjechali, albo siedzą wygodnie w domach) i baaardzo luźną trasę. Niesamowicie przyjemnie się jedzie, kiedy można swobodnie rozwijać prędkość grubo powyżej 100km/h (bo policji też niewiele na szczęście :-) ) i nie ma zbyt wiele "okazji" do przyhamowania. Ahhh... co za wolność... Wystarczy wspomnieć, że spod akademika pod dom dojechałem w jakieś 1h55min (~160km).

 

Nie żebym był za zakazaniem jakiegokolwiek ruchu tirom na polskich drogach, czy coś podobnego. Po prostu podoba mi się takie podróżowanie i wydaje mi się, że każdemu kierowcy też. W takich sytuacjach naprawdę można poczuć wolność za kółkiem. Może kiedyś będzie na tyle autostrad i innych dróg krajowych, że będzie można... dobra, bez przesady. Nawet dziś w to nie uwierzę :P.

 

A od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie zakup kamerki - o takiej, bo chciałbym nagrać filmik z samochodu. Prawie każdy, któremu o tym mówię kręci nosem i, mówiąc delikatnie, nie rozumie po co, ale ja po prostu chcę. Tak dla zabawy. Bo później sobie puszczę i ... i będę miał fajnie! Wrzucę poza tym na bloga i będziecie oglądać. WSZYSCY!!! @_@

The Devlins

Tagi:    muzyka

Natknąłem się na ten kawałek w trakcie oglądania filmu Closer. Samego filmu specjalnie nie polecam, ale kawałek bardzo mi się podoba.

 

CB radio, czyli "mobilki, mobilki...", część pierwsza

Tagi:    humor

Od niedawna jestem posiadaczem CB radia, a że dość często jeżdżę samochodem, to i dość często używam. Swoją drogą, przy obecnych cenach mandatów wydatek rzędu 400zł (radio + antena) nie jest tak wielki, a dość opłacalny (nie zdarzyło mi się, żeby misiaczki stały w miejscu, o którym wcześniej by mnie nie poinformowano). Na dodatek, gdy zdarza mi się jechać samemu na jakiejś dłuższej trasie, jak ktoś się czasem odezwie na CB, to jest nawet milej ;-). Tym bardziej, że zdarzają się czasem niezłe kwiatki, kilka z nich poniżej:

 

1) jakiś koleś prezentował swoje wynurzenia na temat jakości polskich dróg blokując wspólny kanał. Miał strasznie wiele do powiedzenia. W końcu mobile zaczęły się wkurzać, bo zakłócał wspólne pasmo. Jeden z nich wypalił: "Jak nie masz do kogo gęby otworzyć, to idź do dentysty".

 

2) długi korek (pół godziny stania na krajowej siódemce), bo drogowcy o 20:00 w piątek leją asfalt i puszczają ruch wahadłowo. Tradycyjnie, długa dyskusja o tym, dlaczego akurat teraz i w ogóle jak oni śmią pracować wtedy, jak akurat ja jadę. Jeden koleś stanął jednak w obronie drogowców mówiąc, że kiedyś muszą pracować no i trudno, trzeba stać. Oczywiście został za chwilę uciszony, bo to skandal itp. W odpowiedzi powiedział: "Wam to nawet jakby dupę miodem posmarować, to byście mówili, że słodko, ale się lepi".

 

3) dwóch mijających się kierowców tirów rozpoczęło rozmowę:

- Jak tam droga do Krakowa, do Krakowa jak droga?

- A czysto, do Krakowa czysto. A Ty skąd jedziesz, skąd jedziesz?

- Ja z Radomia jadę, z Radomia. A Ty?

- A ja do Warszawy jadę, do Warszawy...

Naprawdę autentyk. Aż mi się przypomina tekst kumpla z roku: "Ważne rzeczy po dwa razy, ważne rzeczy po dwa razy".

 

Być może kiedyś zapraszam do części drugiej :-).

Robert Filipiak

Tagi:    komputery    humor

Dzisiaj zajrzałem na Zczuba.pl i dotarłem do ciekawego artykułu, a dokładnie tego.

 

Jeśli ktoś nie czyta Z czuba, to pokrótce powiem, że jest to serwis traktujący o sporcie z przymrużeniem oka, niekiedy obu nawet. Czasem lubię poczytać zamiast zwykłych serwisów w suchy sposób przekazujących informacje. Można się niekiedy pośmiać. Niestety (przy okazji po prostu muszę o tym wspomnieć) jest to portal gazetowy (Gazeta.pl) i zdolność jego redaktorów do literówek, błędów ortograficznych i innych karygodnych działań jest mordercza (podobnie jak macierzystego właśnie). Ja nie wiem, czy nie można przeczytać artykułu zanim się go opublikuje? Dobra, dość narzekania, bo to nie o tym miało być.

 

Artykuł traktuje o fikcyjnych nazwiskach sportowców pojawiających się w komputerowych grach sportowych. Szczególnie rozbawiła mnie historia tytułowego (mojej notki, nie artykułu). Przy okazji artykuł przywołał niezłe wspomnienia z grania np. w Fifę 99 albo stare wersje ISS Pro. Pamiętam jeszcze jak grałem na PlayStation w Winning Eleven 4, czyli japońską wersję ISS Pro i wszystkie nazwiska miałem napisane japońskimi krzaczkami, więc tylko po wyglądzie, pozycji i narodowości mogłem przyporządkować do faktycznych nazwisk. Spędziłem kilkanaście dobrych godzin wklepując na padzie prawidłowe nazwiska, żeby dało się jakoś grać :-). To były czasy... Aż się łezka w oku kręci.

 

Teraz już w zasadzie w ogóle w nic nie gram, pomijając okazyjne pyknięcie meczyku albo dwóch w Pro Evolution Soccer 6 na laptopie. A to już nie to samo, co turnieje u mnie w domu po szkole i godziny spędzone na stukaniu w klawiaturę lub pada...

Beskid Sądecki

Tagi:    życie

Lubię góry, jednocześnie ich nienawidzę. Lubię je, kiedy wynagradzają wysiłek krajobrazami cieszącymi oko, nienawidzę, gdy nie dają żadnej nagrody za wspinaczkę, kiedy jest podejście za podejściem i nawet nie dają odpocząć jakimś skrawkiem płaskiego terenu.

Turystą górskim jestem przeciętnym, zwykle 2, 3 razy w roku wyjeżdżam na kilka dni w góry, i to raczej tylko w lecie. Nie mam żadnej superkondycji, wręcz przeciwnie. O mojej przeciętności świadczy chyba najlepiej fakt, że idę zwykle tyle czasu dany odcinek, ile pokazuje mapa :).

Zazwyczaj mam dość gór już na samym początku wędrówki, kiedy wspinam się w pełnym słońcu i już po minucie jestem zlany potem, ale to przechodzi i w ostatecznym rozrachunku zawsze jestem zadowolony z górskich wycieczek. Nie inaczej było tym razem.

 

To już drugie podejście do tej trasy, tym razem jednak zmodyfikowane w stosunku do wersji poprzedniej. Ale po kolei...

 

Trasa: Krynica Zdrój -> Jaworzyna -> Hala Łabowska -> Cyrla -> Rytro -> Kordowiec -> Niemcowa -> Przehyba -> Szczawnica

Mapa: tutaj

 

Dzień pierwszy

O godzinie 9:40 mamy PKS z dworca w Krakowie do Krynicy Górskiej. Mniej więcej o godzinie 13 jesteśmy na miejscu. Ruszamy zielonym szlakiem w stronę Jaworzyny. Wejście jest dość śmieszne, bo jakąś mikrościeżynką między domkami. Wchodzi się dość ciężko bez rozgrzania. Ale jak pokona się 2, 3 podejścia to w sumie już idzie gładko i szybko (ok. 40 minut) dochodzimy do stacji kolejki na Jaworzynę. Rok temu popełniliśmy błąd i poszliśmy dalej zielonym szlakiem wzdłuż kolejki. Nie radzę, bo to dość mordercza trasa, widoków absolutnie brak, a dochodzi się na Jaworzynę zmęczonym niesamowicie i tylko wkurzają turyści, który dopiero co wysiedli z kolejki i przyszli do schroniska na piwo... W każdym razie tym razem wsiedliśmy do kolejki (12zł za podróż w górę) i za chwilkę byliśmy na szczycie. Zeszliśmy kawałeczek do schroniska na Jaworzynie, gdzie zjedliśmy jakąś namiastkę obiadu (zupka chińska, kanapki).

 

Widok z Jaworzyny

Zdj. 1: Widok z Jaworzyny

 

Po jedzeniu szlakiem czerwonym wyruszyliśmy na Halę Łabowską. Trasa jest dość przyjemna, bo pagórkowata - raz w górę, raz w dół, trochę po płaskim. Do przejścia jest kawałek, ale idzie się w miarę przyjemnie. Po drodze można zaobserwować ciekawe zjawisko zakrzywienia czasu - na tabliczkach PTTKu najpierw (przed Runkiem) jest 1h45min na Łabowską, na Runku (10, 15min dalej) już 2h15min na Łabowską. Później już 2h. Chyba coś się tu komuś tego. Choć  w sumie zjawisko zakrzywienia czasu jest, o ile mi wiadomo, dość popularne w polskich górach, więc, o dziwo, nie jest to jedyny taki przypadek na świecie. Marsz na Łabowską dość męczy, ale do wytrzymania. Po około 2 godzinach (jest już ok. 18:00) docieramy do schroniska na Łabowskiej, gdzie dzwonimy, żeby potwierdzić na Cyrli, że przyjdziemy, tylko dopiero koło 20:00. Dowiadujemy się niestety, że kuchnia zamykana jest o 19:30, co jest niezbyt wesołą informacją, bo jedzenie na Cyrli to coś niesamowitego. W związku z takim obrotem spraw decydujemy się na ciepły posiłek na Łabowskiej. Ja jem jakiegoś schabowego, Tezkikumeimizfutomeka natomiast naleśniki z malinami i bitą śmietaną. Ruszamy już dalej w drogę i kończymy rozmowę z parą, która siedziała obok, która stwierdza: idziecie jeszcze na Cyrlę? Przecież to strasznie daleko! My od Cyrli tutaj szliśmy 5 godzin. Na szczęście my wiemy swoje. Jest godzina 19:00 i powoli zmierzcha. Ruszamy szlakiem czerwonym w stronę Cyrli. Droga to już raczej zejście, ale około 20:00 robi się ciemno i musimy włączyć czołówkę, żeby cokolwiek widzieć i nie zgubić szlaku. Dość żwawym tempem udaje nam się dotrzeć na Cyrlę w 1.5 godziny. Nie muszę chyba tłumaczyć, jaką nagrodą po takiej wycieczce jest pokój z miękkim łóżkiem i prysznic z ciepłą wodą :-).

 

Droga na Cyrlę

Zdj. 2: Droga na Cyrlę

 

Dzień drugi

Nie można było nie skorzystać z kuchni na Cyrli, więc na śniadanie (późne, bo wstaliśmy ok. 9, a wygramoliliśmy się z pokoju ok. 10) zamówiliśmy sobie specjalność zakładu, czyli kiełbasę po łabowsku. Dla tych, którzy nie wiedzą: jest to spory kawałek kiełbasy podsmażony, zawinięty w naleśnik z zapieczonym wewnątrz serem żółtym. polane to wszystko musztardą i keczupem plus, jak ktoś chce, surówka. My wzięliśmy surową marchewkę (soczysta, świeża i smaczna). Jedzenie było pycha. Około 11 wyruszyliśmy w dalszą drogę, czyli nadal szlakiem czerwonym w stronę Rytra. Zejście cały czas w dół, trochę męczące tak na rano, ale całkiem w porządku. W Rytrze byliśmy około 12. Trzeba było zdecydować, którędy dostajemy się na Przehybę. Były zasadniczo dwie opcje: czterogodzinny szlak niebieski, ale dość ciężki, bo cały czas w górę, albo sześciogodzinny, bardziej widokowy i (chyba) ciekawszy czerwony przez Kordowiec, Niemcową i Wielki Rogacz. Wybraliśmy czerwony ze względu na dość spory zapas czasu.

 

Droga z Cyrli do Rytra

Zdj. 3: Droga z Cyrli do Rytra

 

Po krótkim posiłku zaczęliśmy się gramolić na górę. Masakra trochę na początku, aż człowiekowi nie chce się wchodzić, bo podejście za podejściem i tak przez prawie 2 godziny aż do Kordowca, który, nota bene, był nieczynny (a planowaliśmy tam zjeść obiad). Pozostało podejść do Niemcowej i tam coś zjeść. Ruszyliśmy więc po krótkim odpoczynku dalej. Było już trochę łatwiej, podejścia rekompensowane płaskim lub też delikatnymi zejściami. Po godzinie dotarliśmy. Niemcowa niestety nie leży przy samym szlaku, więc trzeba trochę zboczyć w lewo. Byliśmy trochę przerażeni, że tyle się schodzi, bo przecież jak już zjemy będzie trzeba wrócić, ale cóż, nie było wyjścia. Dotarliśmy na Niemcową, gdzie warunki są dość spartańskie, bo poza tym, że jest czysta woda ze strumienia i wrzątek w nieograniczonych ilościach, to ... nie ma nic więcej. Mam tu na myśli np. taki luksus jak elektryczność czy bieżącą wodę ;).

 

Droga na Kordowiec

Zdj. 4: Droga na Kordowiec

 

Zjedliśmy zupki i kanapki, zaopatrzyliśmy się w wodę do butelek i ruszyliśmy z powrotem. Podejście do szlaku nie było na szczęście tak męczące, jak myśleliśmy. Droga na Wielki Rogacz jest już w zasadzie wędrówką po pagórkach. W godzinkę docieramy na Wielki Rogacz. Zaczyna się poważniej chmurzyć i coś jakby zbierało się na deszcz. Odpoczywamy więc 5-10 minut i ruszamy dalej w drogę. Według mapy czeka nas jeszcze ok. 2 godziny drogi na Przehybę, a jest już 17:00. Marzymy o tym, żeby dotrzeć na miejsce, kiedy jeszcze otwarta będzie kuchnia. W pewnym momencie szlak idzie prosto i pod górę, a strzałka wskazuje, że na Przehybę w lewo. W związku z tym, że droga wskazywana przez strzałkę wydawała się przyjemniejsza, to tam idziemy - okazało się to dobrym wyborem, bo to wędrówka po płaskim i po jakimś czasie dochodzi się do czerwonego szlaku. Niestety, jakieś 30 minut przed Przehybą łapie nas deszcz. Leje na tyle mocno, że trzeba wyciągnąć peleryny (takie z kiosku za 5zł sztuka :P). Coraz mniej widać, jest chłodno, nieprzyjemnie. Pojawia się znak, że na Przehybę 20 minut. Przyspieszamy kroku. Ja już ledwo widzę cokolwiek przez zaparowane i mokre okulary, ale iść trzeba. Jakieś podejście, które wykląłem od najgorszych (no bo takich rzeczy się nie robi!). Jeszcze chwilka, znak, że jeszcze 10 minut do schroniska, jeszcze moment, światło w dali i jest. Deszcz już siąpi mocno. Wpadamy na miejsce, okazuje się, że kuchnia jeszcze otwarta. Żurek z jajkiem i kiełbasą i naleśniki z jagodami, bitą śmietaną i brzoskwiniami to jest to.

Przemoczone ciuchy wywieszone, prysznic wzięty, idziem spać najedzeni, choć zmęczeni.

 

Dzień trzeci

Lało całą noc i, jak wstaliśmy, nie przestało. Plan pierwotny był taki, żeby ostatniego dnia iść szlakiem niebieskim do Szczawnicy, ale w związku z ciągłym deszczem nie wydawało się to dobrym pomysłem - można jedynie skręcić nogę, a przyjemnie nie będzie na pewno. Od Przehyby odchodzi na szczęście droga samochodowa, którą wybraliśmy jako najbezpieczniejszą. Wychodzimy więc na początku szlakiem zielonym w stronę Łazów Brzyńskich, ale szybko od niego odchodzimy, bo idziemy cały czas asfaltem. Nogi trochę bolą, deszcz pada coraz mocniej. Mijamy kolejne przystanki pomników przyrody, mamy nadzieję dojść jakoś do pierwszej miejscowości, stamtąd jakoś dojechać do Nowego Sącza i z niego już PKSem do Krakowa. W pewnym miejscu rzeka wylała na drogę i pomoczyliśmy sobie buty. Minęliśmy dwa samochody jadące na górę, ale żadnego zjeżdżającego, a szkoda, bo mieliśmy pomysł zatrzymać cokolwiek, co będzie jechało w naszym kierunku i poprosić o podwiezienie gdziekolwiek. Po jakiejś godzinie marszu z Przehyby z góry zjeżdżał jeep GOPRu. Zatrzymaliśmy go i okazało się, że mają dokładnie dwa miejsca wolne. Bez słowa wzięli nas i zawieźli na dworzec PKS do Nowego Sącza (dzięki!). Stamtąd było już łatwo, bo po 30 minutach odjeżdżał autokar do Krakowa.

 

 

Podsumowując, naprawdę fajna wycieczka na trzydniowy weekend. Polecam każdemu, choć pęcherze zdobią obie moje stopy i momentami łatwo nie było.

Ale za to właśnie lubię góry - satysfakcja po wyprawie mimo zakwasów i bólu mięśni :).

Poranne podróże, raz krócej, raz dłużej

Tagi:    życie    humor

Jakoś tak się ułożyło, że przez kilka następnych dni prawie codziennie będę w dwóch miejscach oddalonych od siebie o mniej więcej 150 kilometrów. Czemu? No bo tak:

- środa: Kraków -> Skarżysko

- czwartek: Skarżysko -> Kraków

- piątek: Kraków -> Skarżysko

- sobota: Skarżysko -> Lublin

- poniedziałek: Lublin -> Skarżysko

- poniedziałek/wtorek: Skarżysko -> Kraków

 

Trochę to szalone, ale tak wyszło. Każdy uważny obserwator dojdzie do wniosku, że podróże środowo-czwartkowe trochę sensu nie mają, bo zaraz potem znowu wracam do Skarżyska, więc mógłbym już zostać. No niby tak, ale w piątek muszę być w Krakowie (wizyta w warsztacie samochodowym + jakieś sprawy na uczelni), a do Skarżyska na jeden dzień ściągnęła mnie... komenda powiatowa policji. Wezwanie na stawienie się celem złożenia wyjaśnień otrzymałem. Oczywiście nie dało się tego nijak załatwić inaczej, niż tylko pojawiając się osobiście. Polazłem tam dzisiaj. I co?

Wpadam i koleś mówi: "to Ty pracowałeś na tej budowie, tak?". No to mówię "nie". Zdziwienie. Okazało się, że ktoś mnie podał jako zamieszanego w kradzież jakichś materiałów budowlanych z budowy drogi. Konkretna schiza. Nie to, żebym na co dzień był w Krakowie i naprawdę miał lepsze rzeczy do roboty na codzień niż praca na budowie... no nieważne. Tylko żeby z tego nie wynikło coś na kształt tej historii z "Symetrii" :P.

 

Z innej beki, to kończy się semestr, sesja i inne temu podobne ficzery, więc zaczynają się wakacje, czyli powrót do pracy (tym razem nie na budowie :)). Stała ekipa zostaje w Krakowie, więc może kiedyś jakieś imprezy albo coś być może też.

 

Na koniec historia z dupy, czyli paradoks biegunki: często i rzadko.

 

Pozdrawiam polecając komiks. ZŁOTY DWAJŚCIA DZIEWIĘĘĘĘĘĘĘĘĘĆ. Lecę do Reala ;).

 

Wielki wyścig Trójki

Tagi:    inne

Jeśli komuś z Was tytuł coś mówi, to wiecie o co chodzi. Dla tych, którzy nie wiedzą: Trójka (Polskie Radio program trzeci) organizuje taki event, gdzie zgłosić się może każdy, kto chce z jakiegoś niewiadomego miejsca w Europie posiadając niewielkie, ograniczone fundusze ścigać się z pozostałymi uczestnikami do siedziby Trójki musząc po drodze wykonać określone zadania.

Fajna zabawa, a okazało się, że znajoma kumpla z roku dostała się do półfinału, gdzie SMSowe głosy wyłaniają ostatecznych uczestników wyścigu. Proszę, pomóżcie jeśli możecie: SMS o treści Katarzyna  wwKatarzyna (przyp. późn. mamy nadzieję że poprzednie też doszły...) na nr 7360 (koszt to 3zł + VAT). O ile mi wiadomo, głosowanie trwa tydzień (od dziś, czyli tak circa about do 28 maja).

 

Więcej informacji -> na blogu Konrada oraz na stronie Trójki.

Fuck It

Tagi:    życie    humor

Fuck It

 

Niby śmieszne, ale nie zawsze.

Strony: 1  2  3