Beskid Sądecki

Tagi:    życie

Lubię góry, jednocześnie ich nienawidzę. Lubię je, kiedy wynagradzają wysiłek krajobrazami cieszącymi oko, nienawidzę, gdy nie dają żadnej nagrody za wspinaczkę, kiedy jest podejście za podejściem i nawet nie dają odpocząć jakimś skrawkiem płaskiego terenu.

Turystą górskim jestem przeciętnym, zwykle 2, 3 razy w roku wyjeżdżam na kilka dni w góry, i to raczej tylko w lecie. Nie mam żadnej superkondycji, wręcz przeciwnie. O mojej przeciętności świadczy chyba najlepiej fakt, że idę zwykle tyle czasu dany odcinek, ile pokazuje mapa :).

Zazwyczaj mam dość gór już na samym początku wędrówki, kiedy wspinam się w pełnym słońcu i już po minucie jestem zlany potem, ale to przechodzi i w ostatecznym rozrachunku zawsze jestem zadowolony z górskich wycieczek. Nie inaczej było tym razem.

 

To już drugie podejście do tej trasy, tym razem jednak zmodyfikowane w stosunku do wersji poprzedniej. Ale po kolei...

 

Trasa: Krynica Zdrój -> Jaworzyna -> Hala Łabowska -> Cyrla -> Rytro -> Kordowiec -> Niemcowa -> Przehyba -> Szczawnica

Mapa: tutaj

 

Dzień pierwszy

O godzinie 9:40 mamy PKS z dworca w Krakowie do Krynicy Górskiej. Mniej więcej o godzinie 13 jesteśmy na miejscu. Ruszamy zielonym szlakiem w stronę Jaworzyny. Wejście jest dość śmieszne, bo jakąś mikrościeżynką między domkami. Wchodzi się dość ciężko bez rozgrzania. Ale jak pokona się 2, 3 podejścia to w sumie już idzie gładko i szybko (ok. 40 minut) dochodzimy do stacji kolejki na Jaworzynę. Rok temu popełniliśmy błąd i poszliśmy dalej zielonym szlakiem wzdłuż kolejki. Nie radzę, bo to dość mordercza trasa, widoków absolutnie brak, a dochodzi się na Jaworzynę zmęczonym niesamowicie i tylko wkurzają turyści, który dopiero co wysiedli z kolejki i przyszli do schroniska na piwo... W każdym razie tym razem wsiedliśmy do kolejki (12zł za podróż w górę) i za chwilkę byliśmy na szczycie. Zeszliśmy kawałeczek do schroniska na Jaworzynie, gdzie zjedliśmy jakąś namiastkę obiadu (zupka chińska, kanapki).

 

Widok z Jaworzyny

Zdj. 1: Widok z Jaworzyny

 

Po jedzeniu szlakiem czerwonym wyruszyliśmy na Halę Łabowską. Trasa jest dość przyjemna, bo pagórkowata - raz w górę, raz w dół, trochę po płaskim. Do przejścia jest kawałek, ale idzie się w miarę przyjemnie. Po drodze można zaobserwować ciekawe zjawisko zakrzywienia czasu - na tabliczkach PTTKu najpierw (przed Runkiem) jest 1h45min na Łabowską, na Runku (10, 15min dalej) już 2h15min na Łabowską. Później już 2h. Chyba coś się tu komuś tego. Choć  w sumie zjawisko zakrzywienia czasu jest, o ile mi wiadomo, dość popularne w polskich górach, więc, o dziwo, nie jest to jedyny taki przypadek na świecie. Marsz na Łabowską dość męczy, ale do wytrzymania. Po około 2 godzinach (jest już ok. 18:00) docieramy do schroniska na Łabowskiej, gdzie dzwonimy, żeby potwierdzić na Cyrli, że przyjdziemy, tylko dopiero koło 20:00. Dowiadujemy się niestety, że kuchnia zamykana jest o 19:30, co jest niezbyt wesołą informacją, bo jedzenie na Cyrli to coś niesamowitego. W związku z takim obrotem spraw decydujemy się na ciepły posiłek na Łabowskiej. Ja jem jakiegoś schabowego, Tezkikumeimizfutomeka natomiast naleśniki z malinami i bitą śmietaną. Ruszamy już dalej w drogę i kończymy rozmowę z parą, która siedziała obok, która stwierdza: idziecie jeszcze na Cyrlę? Przecież to strasznie daleko! My od Cyrli tutaj szliśmy 5 godzin. Na szczęście my wiemy swoje. Jest godzina 19:00 i powoli zmierzcha. Ruszamy szlakiem czerwonym w stronę Cyrli. Droga to już raczej zejście, ale około 20:00 robi się ciemno i musimy włączyć czołówkę, żeby cokolwiek widzieć i nie zgubić szlaku. Dość żwawym tempem udaje nam się dotrzeć na Cyrlę w 1.5 godziny. Nie muszę chyba tłumaczyć, jaką nagrodą po takiej wycieczce jest pokój z miękkim łóżkiem i prysznic z ciepłą wodą :-).

 

Droga na Cyrlę

Zdj. 2: Droga na Cyrlę

 

Dzień drugi

Nie można było nie skorzystać z kuchni na Cyrli, więc na śniadanie (późne, bo wstaliśmy ok. 9, a wygramoliliśmy się z pokoju ok. 10) zamówiliśmy sobie specjalność zakładu, czyli kiełbasę po łabowsku. Dla tych, którzy nie wiedzą: jest to spory kawałek kiełbasy podsmażony, zawinięty w naleśnik z zapieczonym wewnątrz serem żółtym. polane to wszystko musztardą i keczupem plus, jak ktoś chce, surówka. My wzięliśmy surową marchewkę (soczysta, świeża i smaczna). Jedzenie było pycha. Około 11 wyruszyliśmy w dalszą drogę, czyli nadal szlakiem czerwonym w stronę Rytra. Zejście cały czas w dół, trochę męczące tak na rano, ale całkiem w porządku. W Rytrze byliśmy około 12. Trzeba było zdecydować, którędy dostajemy się na Przehybę. Były zasadniczo dwie opcje: czterogodzinny szlak niebieski, ale dość ciężki, bo cały czas w górę, albo sześciogodzinny, bardziej widokowy i (chyba) ciekawszy czerwony przez Kordowiec, Niemcową i Wielki Rogacz. Wybraliśmy czerwony ze względu na dość spory zapas czasu.

 

Droga z Cyrli do Rytra

Zdj. 3: Droga z Cyrli do Rytra

 

Po krótkim posiłku zaczęliśmy się gramolić na górę. Masakra trochę na początku, aż człowiekowi nie chce się wchodzić, bo podejście za podejściem i tak przez prawie 2 godziny aż do Kordowca, który, nota bene, był nieczynny (a planowaliśmy tam zjeść obiad). Pozostało podejść do Niemcowej i tam coś zjeść. Ruszyliśmy więc po krótkim odpoczynku dalej. Było już trochę łatwiej, podejścia rekompensowane płaskim lub też delikatnymi zejściami. Po godzinie dotarliśmy. Niemcowa niestety nie leży przy samym szlaku, więc trzeba trochę zboczyć w lewo. Byliśmy trochę przerażeni, że tyle się schodzi, bo przecież jak już zjemy będzie trzeba wrócić, ale cóż, nie było wyjścia. Dotarliśmy na Niemcową, gdzie warunki są dość spartańskie, bo poza tym, że jest czysta woda ze strumienia i wrzątek w nieograniczonych ilościach, to ... nie ma nic więcej. Mam tu na myśli np. taki luksus jak elektryczność czy bieżącą wodę ;).

 

Droga na Kordowiec

Zdj. 4: Droga na Kordowiec

 

Zjedliśmy zupki i kanapki, zaopatrzyliśmy się w wodę do butelek i ruszyliśmy z powrotem. Podejście do szlaku nie było na szczęście tak męczące, jak myśleliśmy. Droga na Wielki Rogacz jest już w zasadzie wędrówką po pagórkach. W godzinkę docieramy na Wielki Rogacz. Zaczyna się poważniej chmurzyć i coś jakby zbierało się na deszcz. Odpoczywamy więc 5-10 minut i ruszamy dalej w drogę. Według mapy czeka nas jeszcze ok. 2 godziny drogi na Przehybę, a jest już 17:00. Marzymy o tym, żeby dotrzeć na miejsce, kiedy jeszcze otwarta będzie kuchnia. W pewnym momencie szlak idzie prosto i pod górę, a strzałka wskazuje, że na Przehybę w lewo. W związku z tym, że droga wskazywana przez strzałkę wydawała się przyjemniejsza, to tam idziemy - okazało się to dobrym wyborem, bo to wędrówka po płaskim i po jakimś czasie dochodzi się do czerwonego szlaku. Niestety, jakieś 30 minut przed Przehybą łapie nas deszcz. Leje na tyle mocno, że trzeba wyciągnąć peleryny (takie z kiosku za 5zł sztuka :P). Coraz mniej widać, jest chłodno, nieprzyjemnie. Pojawia się znak, że na Przehybę 20 minut. Przyspieszamy kroku. Ja już ledwo widzę cokolwiek przez zaparowane i mokre okulary, ale iść trzeba. Jakieś podejście, które wykląłem od najgorszych (no bo takich rzeczy się nie robi!). Jeszcze chwilka, znak, że jeszcze 10 minut do schroniska, jeszcze moment, światło w dali i jest. Deszcz już siąpi mocno. Wpadamy na miejsce, okazuje się, że kuchnia jeszcze otwarta. Żurek z jajkiem i kiełbasą i naleśniki z jagodami, bitą śmietaną i brzoskwiniami to jest to.

Przemoczone ciuchy wywieszone, prysznic wzięty, idziem spać najedzeni, choć zmęczeni.

 

Dzień trzeci

Lało całą noc i, jak wstaliśmy, nie przestało. Plan pierwotny był taki, żeby ostatniego dnia iść szlakiem niebieskim do Szczawnicy, ale w związku z ciągłym deszczem nie wydawało się to dobrym pomysłem - można jedynie skręcić nogę, a przyjemnie nie będzie na pewno. Od Przehyby odchodzi na szczęście droga samochodowa, którą wybraliśmy jako najbezpieczniejszą. Wychodzimy więc na początku szlakiem zielonym w stronę Łazów Brzyńskich, ale szybko od niego odchodzimy, bo idziemy cały czas asfaltem. Nogi trochę bolą, deszcz pada coraz mocniej. Mijamy kolejne przystanki pomników przyrody, mamy nadzieję dojść jakoś do pierwszej miejscowości, stamtąd jakoś dojechać do Nowego Sącza i z niego już PKSem do Krakowa. W pewnym miejscu rzeka wylała na drogę i pomoczyliśmy sobie buty. Minęliśmy dwa samochody jadące na górę, ale żadnego zjeżdżającego, a szkoda, bo mieliśmy pomysł zatrzymać cokolwiek, co będzie jechało w naszym kierunku i poprosić o podwiezienie gdziekolwiek. Po jakiejś godzinie marszu z Przehyby z góry zjeżdżał jeep GOPRu. Zatrzymaliśmy go i okazało się, że mają dokładnie dwa miejsca wolne. Bez słowa wzięli nas i zawieźli na dworzec PKS do Nowego Sącza (dzięki!). Stamtąd było już łatwo, bo po 30 minutach odjeżdżał autokar do Krakowa.

 

 

Podsumowując, naprawdę fajna wycieczka na trzydniowy weekend. Polecam każdemu, choć pęcherze zdobią obie moje stopy i momentami łatwo nie było.

Ale za to właśnie lubię góry - satysfakcja po wyprawie mimo zakwasów i bólu mięśni :).

Poranne podróże, raz krócej, raz dłużej

Tagi:    życie    humor

Jakoś tak się ułożyło, że przez kilka następnych dni prawie codziennie będę w dwóch miejscach oddalonych od siebie o mniej więcej 150 kilometrów. Czemu? No bo tak:

- środa: Kraków -> Skarżysko

- czwartek: Skarżysko -> Kraków

- piątek: Kraków -> Skarżysko

- sobota: Skarżysko -> Lublin

- poniedziałek: Lublin -> Skarżysko

- poniedziałek/wtorek: Skarżysko -> Kraków

 

Trochę to szalone, ale tak wyszło. Każdy uważny obserwator dojdzie do wniosku, że podróże środowo-czwartkowe trochę sensu nie mają, bo zaraz potem znowu wracam do Skarżyska, więc mógłbym już zostać. No niby tak, ale w piątek muszę być w Krakowie (wizyta w warsztacie samochodowym + jakieś sprawy na uczelni), a do Skarżyska na jeden dzień ściągnęła mnie... komenda powiatowa policji. Wezwanie na stawienie się celem złożenia wyjaśnień otrzymałem. Oczywiście nie dało się tego nijak załatwić inaczej, niż tylko pojawiając się osobiście. Polazłem tam dzisiaj. I co?

Wpadam i koleś mówi: "to Ty pracowałeś na tej budowie, tak?". No to mówię "nie". Zdziwienie. Okazało się, że ktoś mnie podał jako zamieszanego w kradzież jakichś materiałów budowlanych z budowy drogi. Konkretna schiza. Nie to, żebym na co dzień był w Krakowie i naprawdę miał lepsze rzeczy do roboty na codzień niż praca na budowie... no nieważne. Tylko żeby z tego nie wynikło coś na kształt tej historii z "Symetrii" :P.

 

Z innej beki, to kończy się semestr, sesja i inne temu podobne ficzery, więc zaczynają się wakacje, czyli powrót do pracy (tym razem nie na budowie :)). Stała ekipa zostaje w Krakowie, więc może kiedyś jakieś imprezy albo coś być może też.

 

Na koniec historia z dupy, czyli paradoks biegunki: często i rzadko.

 

Pozdrawiam polecając komiks. ZŁOTY DWAJŚCIA DZIEWIĘĘĘĘĘĘĘĘĘĆ. Lecę do Reala ;).

 

Fuck It

Tagi:    życie    humor

Fuck It

 

Niby śmieszne, ale nie zawsze.

List do samego siebie

Tagi:    życie

 

Łzawe się to może wydawać, ale... od momentu jak ten kawałek usłyszałem, to zacząłem się nad tą ideą zastanawiać. Według mnie dość intrygującym wydaje się taka konfrontacja aktualnego siebie z sobą-sprzed-lat. Wielokrotnie się zastanawiałem, co powiedziałbym sobie z przeszłości, gdybym takiego spotkał. Co poradził, co odradził, przed czym przestrzegł. Bujdą wydaje mi się lansowane w mediach podejście nigdy nie żałuj tego, co zrobiłeś. Zrozumiałe, że człowiek popełnia błędy, ale chyba nikt nie powie mi, że gdyby mógł się od niektórych błędów/gaf/potknięć ochronić, to by tego nie zrobił. Wiadomo, najlepiej człowieka uczy, jak sam się przewróci i na nic zdadzą się rady innych.

Ale takie kilka słów: "olej, nie warto", "spróbuj", "skorzystaj", "nie przejmuj się" od doświadczonego siebie z przyszłości. Nie chcielibyście kogoś takiego spotkać czasem? Albo inaczej: spotkać dawnego siebie i parę sytuacji nakreślić, uświadomić. Może byłoby inaczej, a może zagięłaby się czasoprzestrzeń czy coś i by było gupio? :-)

 

Podsumowując: na blogu pojawił się jutiub. Jest lans, jest hip-hop, jest szaleństwo!

Nadwrażliwa ekspedientka

Tagi:    życie    praca

Zwolniłem się dzisiaj na godzinę, ku*wa, z pracy, po to tylko, żeby kupić uchwyt do GPSa do samochodu. Pojechałem więc do sklepu znalezionego na Allegro. Czasu miałem na to tyle, że zajechałem (30 minut w jedną stronę), 5 minut na załatwienie sprawy w sklepie i powrót (30 minut). Włażę. Młoda ekspedientka w tym sklepie na totalnym zadupiu stoi za ladą i obsługuje klienta przede mną. Koleś pyta o jakąś słuchawkę na bluetooth. Ekspedientka wydaje się być zirytowana tym, że klientowi nie podoba się, że słuchawka jest za mała i będzie go kłuła w ucho, bo on takich nie lubi. I on nie musi jej mówić, że kiedyś były inne słuchawki z innymi łapkami na ucho, bo ona przecież to doskonale wie, bo to sprzedaje, tylko teraz nie ma. Klient był bardziej cierpliwy niż ja (na jego miejscu bym się wpienił już po pierwszym komentarzu ekspedientki) i wyczekał, wysłuchał, powiedział "dziękuję" i wyszedł. Przyszła kolej na mnie. I:

- Oferujecie Państwo uchwyty na palmtopy na Allegro. Takie za 8 zł.
- Tak, są tutaj - pokazała.
- Aha, a one pasują do każdego palmtopa, tak?
- A do czego Panu potrzeba?
- To jest... Mio 350.
- To Panu nie utrzyma.
- Nie utrzyma?
- Proszę Pana! Uważa Pan, że ja nie wiem co ja mówię do pana? - histeryczny śmiech.
- Nic takiego nie powiedziałem - przewróciłem oczami, bo nie strzymałem.
- Proszę Pana! Powiedział to Pan takim tonem, jakby Pan wątpił w to, że ja znam się na rzeczach, które sprzedaję. Dobrze, może Pan wziąć ten uchwyt, ale nie dostanie Pan gwarancji jeśli urządzenie Panu spadło.
- * (przez zęby) Wezmę.

Wziąłem. Wiem, nie powinienem. Ale po przemyśleniu, co da mi większą satysfakcję, gdybym był tam drugi raz, wziąłbym znowu, tylko coś jeszcze dodał od siebie. Po co? No bo gdybym nie wziął, to to dla niej żadna ujma, że towaru za 8 zł nie sprzedała. A tak przynajmniej mam satysfakcję, że udowodniłem, że ekspedientce nie ufam i wiem od niej lepiej. Nawet jeśli nie wiem. I, patrząc na ten uchwyt, to nie wiem na pewno. Ale co tam... się ekspedientce należało i już. Nienawidzę takich sytuacji. Tych wszystkich bab w sklepach. Tych pind, które nie odpowiedzą na "dzień dobry", "dziękuję" lub "do widzenia". Które zawsze wiedzą lepiej i które nienawidzą, jak im się zwraca uwagę. Tych, dla których każdy klient czy petent jest wrogiem.

* w tym momencie powiedziałbym "Ja pie*dolę, ku*wa! A jakbym kupił mocniejszy i droższy, to byście mi to gwarantowali?", ale nie powiedziałem

Krótka piłka

Tagi:    życie    humor

Stoję w kolejce do stoiska mięsno-serowego. Przede mną blondi pyta:
- Czy ten udziec jest z kością?

Nie wytrzymałem i głośno pacnąłem się w czoło.

--== WaLeNtYnIuSiEeEeEe ==--

Tagi:    życie

No szlag mnie jasny trafia. Wszędzie te serducha, zwisające z góry, poprzylepiane do ścian, nawet w zapachu powietrza czuć taki słodki, zatykający nozdrza i skłaniający do torsji zapach. Tysiące chłoptasi w wieku podstawówkowo-licealno-gimnazjalnym popinające z identycznie zapakowanymi różyczkami. Jakby tego było mało, w restauracji nieopodal hit lokalu: pizza w kształcie serca. Swoją drogą nie poleciłbym jej nawet wrogowi (zastanawiałem się przez moment, czy przed "wrogowi" nie napisać "najgorszemu", ale porzuciłem tę myśl, gdyż to dla niego chyba ta pizza) ze względu na koszmarnie twarde niczym podeszwa ciasto i brak smaku. To wszystko posypane długim czasem oczekiwania zmiksowanym z niemiłą obsługą. Podsumowując - dobrze oddaje atmosferę "święta" :-).
Wracając jednak do dnia Świętego Walę Tego - dzięki telewizji i serwisom SMSowym można dowiedzieć się kto nas kocha, jak z tym kimś współżyć (gdzie prawa noga, gdzie lewa i co począć z małym palcem lewej dłoni), czy też gdzie, jak i z kim zdradza nas nasza miłość. Full service nie wychodząc z domu i ciastko gratis, można by rzec.
I teraz bądź człowieku mądry i pójdź z kumplem do baru na piwo w taki dzień. Ujrzysz kilka(naście/dziesiąt) parek w stylu różowa lala + chłoptaś z taką ilością żelu na włosach, że można by tym naoliwić pociąg. Pośrodku Ty i kumpel z piwem. Piwo smakuje co najmniej dziwnie i inaczej niż powinno, gdy w świadomości tli Ci się myśl, taka mała, maluteńka, że dla całej reszty osób w lokalu jesteście najprawdopodobniej parą ludzi o odmiennej niż wyznawana przez większość ludzi na Ziemi orientacji seksualnej (podczas, gdy wy deklarujecie jednak przynależność do większości), mało tego, najprawdopodobniej jeszcze zainteresowani sobą.
Jaki z tego wniosek? Piwo przed telewizorem. Dobranoc Państwu.

Pewność Konkurencyjność Punktualność

Tagi:    życie

Czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy?
Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy

Na dworcu w Skarżysku może aż tak brzydko nie jest, ale mimo wszystko wystarczająco, żeby człowiek poczuł się źle spędzając na peronie dłużej niż 20 minut w samotności.
Chciałem w niedzielę jechać do Krakowa. Sprawdziłem w necie rozkład, jako że trąbią na stronach PKP, że od 9.12 rozkład jest supernowy. Sprawdzam - jest pociąg 17:47. Około godziny 15:00 tegoż samego dnia pojawiam się na dworcu celem nabycia biletu i ewentualnego skonfrontowania internetowego rozkładu jazdy pociągów z tym na dworcu. Nabywam bilet i patrzę w rozkład. Co się okazuje? Jest taki pociąg, owszem. Problem polega na tym, że według tego rozkładu odjeżdża o 17:28. W moim umyśle rodzi się pytanie: komu wierzyć? Jako, że staram się być istotą kierującą się w życiu rozumem, stwierdzam, że lepiej dla mnie będzie wierzyć godzinie wcześniejszej. Przygotowałem wszystko na 28 po piątej, leciałem na dworzec (bom delikantnie opóźnionym był jednak) i stoję jak kołek. Stoję i marznę sam. Zero jakiegokolwiek "ping pong! Pociąg się spóźni, frajerzy!". Po prostu pociąg przyjechał sobie rozkosznie w okolicach 17:50 sapiąc i prychając, nie prosząc o wybaczenie.
PKP ssie, naprawdę. Apel do władz: zróbcie cokolwiek, żeby to gówno sprywatyzować, bo póki nie będzie walki o klienta, PKP będzie wyczyniało takie i o wiele gorsze rzeczy. Spróbujcie się kiedyś przejechać nad morze np. z Krakowa pociągiem pospiesznym w wakacje w 8 ludzi w przedziale.
Wiem, i tak nikt tego nie czyta i mogę sobie apelować. Ale mój blog to moja twierdza.

Z kolejowym pozdrowieniem

Lapsusy

Tagi:    życie    humor

Na razie krótko, może później dodam coś więcej. Trzy lapsusy, w tym dwa z kościoła.

I. (dawno temu już) Poniedziałek Wielkanocny. Ksiądz na rozpoczęcie mszy:
Dzisiaj obchodzimy drugi dzień Zmarchwiwstusa.
Ciekawe złożenie, nie?
II. (dzisiaj) Ksiądz przy ogłoszeniach:
13 sierpnia każdego miesiąca odbywa się w naszym kościele apel jasnogórski.
Tutaj moje pytanie: kiedy jest 13 sierpnia każdego miesiąca, tzn. jaki konkretnie to dzień tygodnia, bo chętnie bym się wybrał? :)
III. (TVN Turbo) Jakiś ekspert odnośnie Toyoty Yaris:
Pojemność bagażnika to 200 litrów, ale po przesunięciu tylnej kanapy zwiększa się do 300 litrów, czyli o jedną trzecią.
Pure mathematics.

Origin

Tagi:    życie    inne

GUGI, Mniejsza Rasa Niezależna. "To była łapa, szeroka na całe trzy czwarte metra, zakończona nieprawdopodobnymi pazurami. Za nią wyłoniła się druga łapa, aż w końcu pojawiło się wielkie, pokryte czarnym futrem ramię, do którego obie łapy przytwierdzone były krótkimi przedramionami. Dwoje różowych oczu zajarzyło się i ujrzeli wielką jak beczka głowę przebudzonego guga-strażnika. Oczy, osadzone na guzowatych, porośniętych szczeciną wyrostkach, sterczały na 5 centymetrów po obu stronach głowy. Lecz najbardziej przerażająca w tej głowie była paszcza. Uzbrojona w wielkie, żółte kły, biegła od wierzchu do samego dołu głowy, przecinając ją pionowo zamiast poziomo." (H.P.Lovecraft, "Dream-Quest of Unknown Kadath")

Czcząc wielu Wielkich Przedwiecznych, gugi podziemnego świata odprawiały obrzędy tak odrażające, że w jakiś sposób zostały zesłane pod powierzchnię ziemi. Gugi z rozkoszą pożerają każdą istotę z powierzchni, jaką mogą złapać swoimi czterema łapami. Gugi są ogromne, typowy osobnik ma przynajmniej 6,5 metra wysokości.

W walce gug może gryźć lub uderzyć jednym ze swoich ramion, czyli dwoma łapami (uderzające ramię wykonuje dwa ataki). Obie uzbrojone w pazury łapy muszą uderzyć tą samą ofiarę.

GUGI, BRUDNE OLBRZYMY

 

współczynniki rzuty średnia
S 6k6+24 45
KON 3k6+18 28-29
BC 6k6+36 57
INT 2k6+6 13
MOC 3k6 10-11
ZR 3k6 10-11
Szybkość10 - WT 43



Średni modyfikator obrażeń: +5k6
Broń: Ugryzienie 40%, 1k10 obrażeń; łapy 40%, 4k6 każda (nie dodaje się mo)
Tratowanie 25%, 1kg + mo obrażeń
Pancerz: 8 punktów futra, kudłów i skóry.
Czary: Niektóre gugi znają kilka czarów. Aby sprawdzić, czy dany osobnik zna jakieś zaklęcia należy wykonać rzut 1k100. Jeśli wynik jest wyższy niż MOC potwora, nie zna on żadnej magii. Jeśli wynik jest równy lub niższy, zna on tyle czarów, ile wyniósł wynik rzutu.
Utrata Poczytalności: 0/1k8 Punktów Poczytalności za zobaczenie guga.

 


Tak, miśki. Dokładnie z tego powstałem. Z badziewnego potwora z podręcznika Zew Cthulhu. Odkryłem swoje pochodzenie. Idę umyć zęby... TFU! Co ja piszę - kły! W mojej przecinającej głowę nie poziomo, lecz pionowo paszczy.

Strony: 1  2